pomaganie psom

Pomaganie psom nie jest łatwe – 2 historie i garść przemysleń

Pomaganie psom nie jest łatwe, a często też nie jest wcale przyjemne. Dzisiaj będzie ogólnie o byciu dobrym człowiekiem i śpieszeniu z pomocą psiemu gatunkowi, ale również trochę o konsekwencjach takiego postępowania. Z moich obserwacji trochę wynika, że obecnie społeczeństwo stara się jak najbardziej iść na łatwiznę – nawet jeśli chodzi o pomaganie.

Wiadomo, że łatwiej dać lajka niż wybrać się do schroniska na spacer z psiakami. Trzeba sobie jednak uświadomić, że o ile zwiększanie zasięgu jakiejś inicjatywy (zbiórki lub udostępnianie informacji o psiaku szukającym domu) jest ważne, to jednak bez rzeczywistej, fizycznej pomocy rezultaty będą o wiele gorsze.

Na wstępie jeszcze standardowa formułka: wszystkie informacje zawarte w tym wpisie pochodzą z własnego doświadczenia i przemyśleń. Nie trzeba się z tym zgadzać. Zawsze zachęcam do opisania swojej perspektywy, ale bardzo proszę o zachowanie kultury wypowiedzi :)

I jeszcze jedno – w tym wpisie bazuję głównie na 2 historiach, w których akurat reprezentuję dobrą stronę ludzkości. Nie oznacza to, że się przechwalam i każdy musi być jak ja. Nie oznacza to również automatycznie, że jestem dobrym człowiekiem. Wydaje mi się, że życie nie jest stabilne i regularne, a każdy ma swoje lepsze i te mroczniejsze momenty.

Wpis nie ma wymuszać na nikim działania. Moim zdaniem wymuszona pomoc to tak jakby tej pomocy nie było – obie strony (pomagająca i otrzymująca pomoc) powinny czuć się z sytuacją komfortowo. Chciałbym jednak zachęcić do myślenia, zmiany perspektywy i zastanowienia się nad samą pomocą oraz jej konsekwencjami.

Jasne? No to jedziemy z tematem :D

Każda pomoc się liczy

Jeśli ktoś śledzi nasz profil facebook to mógł widzieć taki wpis, w którym informuję, że znalazłem błąkającego się szczeniaka. Chodził taki przy ulicy, a nikt z sąsiadów go nie znał, więc zgarnąłem go i pojechałem do weterynarza. Obroży brak, czipa brak, jakiejkolwiek identyfikacji brak.

Napisałem więc wpis, bo może ktoś udostępni dalej i właściciel się znajdzie. Poszła też informacja na lokalne grupy. Generalnie było sporo udostępnień, a ostatecznie opiekun rzeczywiście się skontaktował. Przed północą szczeniak wrócił do domu. Piękna historia.

pomaganie psom

To ten szczeniak :)

I generalnie tylko tyle informacji było, a w ciągu tych kilku godzin nasłuchałem się jak nigdy, jaki to ja nie jestem wspaniały. Bo mało kto się zainteresuje, bo przecież ponoszę koszty za cudzego psa, że poświęcam czas i tak dalej. Wspaniały, fenomenalny, młody człowiek. Aż serce rośnie.

Natomiast muszę wyjaśnić, że nie do końca tak jest. Samo wydarzenie było o wiele bardziej heroiczne, więc prosiłbym nie umniejszać :D Z drugiej jednak strony, z mojej prywatnej perspektywy ten ”ratunek szczeniaka” wcale nie był czymś, co zasługuje na uznanie.

Najpierw wytłumaczę jak było naprawdę, a potem napiszę czemu to nic specjalnego. Pierwsze oznaki szczeniaka, który wałęsa się w okolicy można było poznać po szczekaniu naszych psów przed bramą. Maluch sobie spacerował, a nasze psy się denerwowały w stylu ”młody, podejdź tu, mamy cukierki” (nie mieli!). Sąsiadka szczeniaka wzięła i pochodziła po sąsiadach, czy ktoś go zna. Wiadomo, może ktoś z okolicy spuścił szczyla na chwilę z oka i młody ruszył zwiedzać. Niestety nikt go nie znał.

Akurat byłem wtedy chwilę na dworze i nie mam pojęcia czemu, ale od razu powiedziałem ”ja go wezmę”. Tutaj warto wtrącić ważną informację. Wielu czyta tego bloga i generalnie myśli ”ten koleś ogarnia życie, chcę być jak on”. Prawda jest jednak taka, że wcale nie ogarnia.

Byłem wtedy po najgorszym i najcięższym tygodniu od wielu lat. Wszystko co mogło się zepsuć to się zepsuło. Wszystko co mogłem zawalić to zawaliłem. Ogromna ilość pracy była w plecy, więc pracowałem od rana do nocy łudząc się, że coś nadrobię. I właśnie w tym krytycznym momencie powiedziałem ”ja go wezmę”. O godzinie 17:45.

Bez możliwości transportu, z masą pracy na głowie i 3 własnymi psami do ogarnięcia. Zresztą nasze psy dla tego malucha to giganci. Mały mocno wystraszony, bo go trójka kolosów obwąchuje.  Nie ukrywam, że w perspektywie mojego ogarnięcia życiowego to ta heroiczna misja była najgłupszym pomysłem na świecie.

Pierwsza myśl: szybko do weterynarza. Może ma czip. Dzwonię więc do najbliższej kliniki – są czynni do 19. Zaczynam dzwonić po okolicznych taksówkach, kto weźmie mnie z psiakiem (wcale nie tak łatwo – mało firm się na to zgadza). Udało się, jest 18.00 i za 20 minut będzie transport. Szukamy szybko jakiejś malutkiej obroży, która będzie pasować. Coś tam mamy. Jest taksówka i już coś się nie podoba ”nie wiedziałem, że będzie pies”, no ale jedziemy. Padło pytanie po co do weterynarza, więc mówię krótko co i jak. Podczas drogi cały czas jestem informowany, że jestem super, bo się zainteresowałem małym, ponoszę koszty i tak dalej. Nie zwracam uwagi, bo mały się kręci i wariuje.

Jestem na miejscu i za 10 minut zamykają klinikę, a ja nie mogę jej znaleźć. Taksówkarz ma czekać. Dzwonię do kliniki po wskazówki – nikt nie odbiera. ”Kurwa…”. Szukam, ale wszędzie ciemno i zamknięte. Jakaś poczta, market. Nic więcej. ”Może zły adres?”. Za 7 minut zamykają. Pytam ludzi, ale nikt nic nie wie. Za 4 minuty zamykają. Serce już wali, bo szczeniak trochę się już nudzi, bateria w telefonie mi pada, a ja nie mam pojęcia, gdzie jest jakaś inna klinika w okolicy. W końcu jest – udało się znaleźć. Klinika jest w ogóle z drugiej strony, pod szkołą karate czy coś takiego.

Weterynarz sprawdza i czipa oczywiście nie ma. Tatuażu też nie. Wiek ocenia na ok. 7 miesięcy, mały wydaje się zdrowy, nic nie boli. Generalnie nie ma problemów. Znowu słyszę, że jestem super, ale już dociera do mnie powoli myśl, że absolutnie nie jestem gotowy na 4 psa, a zapowiada się, że zostanie z nami. Coś tam mówią, że może okoliczna fundacja będzie miała dom tymczasowy, ale chyba nie, bo zawsze są przepełnieni. Drugi weterynarz mówi, że może siostra będzie chciała tego szczeniaka. Robi zdjęcia, ale siostra nie odbiera.

No nic… nie będę siedział jak dupa, więc zabieram małego i wracamy. W drodze powrotnej oczywiście kolejne jaki to jestem wspaniały, że mnie taksówkarz szanuje, bo ponoszę koszty za cudzego psa, a jednak chcę pomóc, że takich ludzi powinno być więcej. ”57 zł się należy” – słyszę na koniec.

Zresztą musiałem poprosić o wypuszczenie mnie znacznie wcześniej, bo podczas tego monologu ”jesteś wspaniały” to maluch z całego stresu opróżnił na mnie całą zawartość swojego absurdalnie gigantycznego pęcherza. I teraz wychodzę z taksówki. Cała bluza i spodnie osikane. Zaczyna się robić zimno, bo oczywiście się śpieszyłem i nie ubrałem odpowiednio. Jestem tak kilometr od domu.

I jak tak idę w tej ciemności to czuję jakbym miał zaraz dostać zawału ze stresu, bo nagle to wszystko na mnie spadło. Nieznany szczeniak w okresie dojrzewania. 3 własne psy, masa pracy do zrobienia, brak wyspania i ogólne zmęczenie. Nie czułem się dobrym człowiekiem ani trochę. Czułem się jak frajer, który bez zastanowienia przedłożył psa nad własne potrzeby i możliwości.

schronisko dla zwierząt w gliwicach bieg

Tutaj takie fajne zdjęcie ze spaceru z psiakami w schronisku. Moim zdaniem fantastyczna inicjatywa i warto brać w niej udział. Trochę dodatkowego ruchu dla człowieka i masa zabawy dla psiaka, który szuka domu :)

W takich momentach to całe gadanie ”jesteś super” to jak kop w dupę. Bo cudze uznanie nie pomoże. Ktoś pomyśli ”fajny koleś” i wraca do swojego domu, a z tym wszystkim zostaje ten ktoś. Pewnie pomyślicie ”sam tego chciałeś to masz”. No, ale właśnie tak nie jest. Bo jeśli nie ja to kto? Udawać, że szczeniaka nie ma i liczyć, że nic mu się samemu nie stanie?

No i wracam jakoś do domu. Cały zmarznięty i osikany. Psy w domu zaczynają wariować, bo wiadomo, że nowy psiak to wspaniała atrakcja. Wsadzamy malucha do materiałowego kojca, żeby miał trochę spokoju, ale przede wszystkim, żebym ja mógł chwilę pomyśleć. I myśli zaczynają się różne. Co ja mam z nim zrobić? Do schroniska nie oddam, bo to przecież taki maluszek.

Napisałem ten wpis na profilu fb i zacząłem pisać do fundacji – bo może akurat. Fundacja oczywiście nie ma miejsca. I w momencie, kiedy zacząłem się na siebie wkurzać ”zawsze to robisz frajerze, wiesz, że nie ogarniasz życia, a jeszcze sobie dodajesz” to pojawiła się odpowiedź właściciela psa, że to jego. Była wtedy chyba 21. Finalnie podjechali przed północą. Kamień z serca normalnie.

Dlaczego w ogóle o tym napisałem? Pierwsza sprawa jest taka – bycie dobrym i robienie dobrych rzeczy to nie jest kwestia naszego podejścia, a często po prostu naszej natury. Wzięcie tego szczeniaka to nie była decyzja – po prostu impuls. Jest potrzebujący szczeniaczek to pomagam, a dopiero potem zauważam konsekwencje tej decyzji. Czy zrobiłbym to ponownie? Na pewno. Może tylko ubrałbym się stosowniej do pogody i przypilnował, żeby odsikał się po drodze :D

Druga sprawa – bycie dobrym często ssie. Nie ma za to nagrody, nie ma za to pomników lub czegokolwiek innego. I tak naprawdę jeśli ktoś oczekuje, że jego czyny zostaną wynagrodzone to tak naprawdę nie jest dobrym człowiekiem. Nie nadrobiłem magicznie pracy, nie zacząłem nagle ogarniać obowiązków. Miałem osikane spodnie, a do tego się nie wyspałem i cały kolejny dzień bolała mnie głowa.

adopcja starego psa

Jak na staruszkę to Sara nadal miała ogromny zapał do zabawy. Nie mogła biegać jak młodziak, ale się starała :)

I na sam koniec takie przemyślenie. Czy ja coś z tej całej historii mam? Absolutnie nic. Dla mnie same straty. Wiele osób (poza psiarzami oczywiście) mogłoby pomyśleć, że jestem zwyczajnie głupi. Ktoś nie dopilnował psa, a ja musiałem wszystko zrobić. Jednak najważniejsze w tym jest, że szczeniak żyje i ma się dobrze. Maluchowi szwendającemu się na ulicy może stać się krzywda. Może trafić na złego człowieka lub stanie się inne nieszczęście.

Z mojej perspektywy to taka drobnostka – mała, dobra rzecz, która jednak w skali całego zła świata nie ma znaczenia. Jednak nadal uważam, że warto.

Pies w kojcu sobie siedzi

Kolejna historia to oczywiście historia Sary. Bardzo dużo pochwał za to dostaję, lajków i w ogóle. Opiszę w skrócie jak to wyglądało wraz z komentarzem do tej historii.

Szukaliśmy domu i w jednej z interesujących nas nieruchomości był kojec. A w kojcu był stary psiak – Sara. Myślę, że jednym z kryteriów wyboru akurat tego domu była właśnie ona. Nie za bardzo mogliśmy ją poznać przed zakupem, bo sprzedający nie chciał jej wypuścić (raz wypuścił ją syn na chwilę).

uśpienie psa

Sara była naprawdę wspaniałym psem i zawsze będę to podkreślał. Tragedią jest, że taki psiak marnował się w kojcu.

Finalnie doszło do zakupu, a my bardziej cieszyliśmy się chyba z Sary niż z tego całego domu. Psiak fantastyczny, bardzo ciepły i delikatny. Na początku mocno zamknięty w sobie, ale widać, że bardzo potrzebowała kontaktu z człowiekiem, bo dzielnie sobie z nową sytuacją radziła. Prawdopodobnie była wyrzucana z domu, bo trochę bała się wchodzić do środka. Jednak walczyła ze swoim lękiem, żeby być bliżej z nas.

Niestety Sara była bardzo zaniedbana i to był główny powód naszego stresu i problemów. Bo fajnie się myśli ”adoptować starego, zaniedbanego psiaka i mu pomóc”, ale już sam proces pomagania taki fajny nie jest. Sara była cała w strupach od drapania się. Miała też mnóstwo pcheł. Tyle, że nawet ja złapałem pchły. W ogóle jak to absurdalnie brzmi mieć pchły. Przecież pchły mają tylko pijaki i jakieś wiejskie burki  – łączy te 2 byty to, że żaden nie widział kąpieli od lat. I tak ja – ogarnięty człowiek, redaktor, twórca artykułów, młody biznesmen i w pewnych bardzo małych kręgach psich autorytet – miałem pchły.

Jak ją kąpaliśmy pierwszy raz to po prostu leciało z niej błoto. Śmierdziała koszmarnie. Nawet po drugim myciu. U weterynarza zostawiliśmy setki złotych. Lekarze też taki trochę sceptyczni – jak pierwszy raz pojechałem z Sarą i musiałem wyjaśnić, że to pies z kojca, że nie znam wieku ani jej stanu zdrowia to patrzyli na mnie jak na idiotę. Nie ogarniali, że zabrałem nieznanego mi psa i teraz chcę go leczyć. Wręcz był taki wzrok w stylu ”koleś, ona ma 14 lat, ile ona pożyje, odpuść”.

Sara miała ogromną, obrzydliwą przepuklinę pod brzuchem. Taki wielki balon tłuszczu – nie wiem jak to nawet nazwać. Też trzeba o takich rzeczach mówić. Jak ktoś widzi małego, słodkiego szczeniaczka bez łapki to dla wielu jest to urocze. Nawet widziałem kilka dni temu zdjęcie maluszka bez oka z dopiskiem ”Bez oczka, a nadal słodki”. Jednak stary, śmierdzący, zapchlony pies z ogromnym worem tłuszczu pod brzuchem nie jest już słodki.

Wydaje mi się, że też trzeba o tej gorszej stronie pisać. Bo pomoc takiemu psu moim zdaniem nie powinna być uzależniona od stopnia słodkości ani od własnego ego lub desperacji. Po co w ogóle o tym piszę? Bo to ważne. Fantazja pomagania jest mocna w naszym społeczeństwie. Pomaganie ma być przyjemne, łatwe i dać nam takie miłe uczucie w brzuszku ”jestem dobry”. Jednak prawdziwe pomaganie wcale takie nie jest. Chcę po prostu uświadomić, a nie zniechęcić.

Jak już ogarnęliśmy podstawowe rzeczy z Sarą to łudziliśmy się, że teraz będzie dobrze. Pamiętam, że myśleliśmy o drogich zabiegach typu komórki macierzyste, żeby pomóc jej z łapami. Plany były ambitne, ale niestety jak wielu z Was wie to się nie udało.

Sara zaczęła mieć kolejne problemy zdrowotne. Czasami odmawiała jedzenia, a potem miała cały dzień krwawe biegunki. Z dnia na dzień praktycznie podupadła na zdrowiu. Kolejne pieniądze na diagnostykę – uparliśmy się, chociaż weterynarze nie dawali szans. Próbowaliśmy jeszcze stosować leki, ale po kolejnym pogorszeniu się zdrowia musieliśmy się poddać.  Nie było szczęśliwego zakończenia.

adopcja starego psa

Sara była w okropnym stanie. Dla kogoś takiego jak ja (czyste, zadbane psy) to ogromny szok, że można tak zaniedbać własnego psa.

I smutna sprawa jest trochę właśnie taka, że ktoś napisze ”jesteście super, że się nią zajęliście”. Ja tego tak nie widzę. Jak decydowaliśmy się na ten dom z nią to nie było nawet myśli w stylu ”pomożemy jej”. Cieszyliśmy się, że poza domem będziemy mieli jeszcze fajnego psiaka. Nie wzięliśmy jej, żeby jej pomóc, a po prostu, żeby była naszym psem. Dlatego jak pierwszy raz ktoś pochwalił nas za tą decyzję to byłem w lekkim szoku. Nawet nie myślałem o tym w takim kontekście wtedy.

Takich psów są tysiące. W Twojej okolicy, u Twojego sąsiada. Na wielu podwórkach są małe, obrzydliwe kojce, w których kisi się stary psiak. Łatwo powiedzieć ”jesteś super”, ale bardzo trudno chociaż zwrócić sąsiadowi uwagę, że jego pies się męczy.

Na fejsbukach często widzę jakieś posty w stylu ”u mojego sąsiada jest taki pies w kojcu i się męczy – co mogę z tym zrobić?”. Potem pojawiają się odpowiedzi ”idź do sąsiada pogadać” albo ”na straż miejską zadzwoń” i okazuje się, że jest problem. Bo ktoś nie chce, żeby sąsiad wiedział, bo nie chce wpadać w konflikt. Albo na straż miejską nie chce dzwonić, bo coś tam. Nagle pomaganie przestaje być łatwe i przyjemne, a okazuje się, że wręcz może negatywnie odbić się na naszym komforcie.

Ludzie by chcieli najlepiej, żeby była anonimowa strona, gdzie podaje się adres fundacji i ona się wszystkim zajmie. Wtedy jest zajebiście. Tak mmmm milutko ciepło w brzuszku, bo jestem dobrym człowiekiem i ratuję psiaka. „Super, ciekawe czy dadzą mi medal”. Nikt Ci debilu nie da medalu, bo chcesz to robić anonimowo! Poza tym nic nie robisz, tylko zgłaszasz, a chcesz, żeby ktoś inny się tym zajął.

Pomaganie nie jest łatwe, ale jest ważne

Ten wpis nie ma nikogo zachęcić ani zniechęcić do pomagania. Moim zdaniem tego typu sytuacje, jak te powyżej to nie jest kwestia logicznej decyzji, a po prostu naszej natury. Jednocześnie to, że ktoś pomoże małemu szczeniakowi nie oznacza również, że jest dobrym człowiekiem. Bo ten ktoś może pójść kilka kroków dalej i za rogiem kopnąć śpiącego bezdomnego.

To są moje 2 historie, które dały mi ostatnio do myślenia. Głównie inspiracją do napisania tego wpisu były właśnie takie komentarze i słowa, które zachwalają moje postępowanie. Jednak ja osobiście wcale się nie czuję dobrze. Pomogłem szczeniakowi? Prawdopodobnie, ale byłem tak zestresowany i przygnieciony całą sytuacją, że nawet nie było chwili na jakąś refleksję. Pomogłem Sarze? Może wręcz przeciwnie. Może własnie stres spowodowany zmianą przyspieszył chorobę? Nie wiem. Też nie czuję się dobry z tego powodu – jest tylko pustka po stracie psa.

dom dla psa

Sara w jej kojcu. Pierwsze zdjęcie, jakie jej zrobiłem. Warto ten obraz zapamiętać, bo to nie jest odosobniony przypadek.

Pomaganie nie jest łatwe, a moja pomoc to i tak tylko kropla tego, co robią inni. Każdego dnia wiele osób poświęca swój komfort, a często i prywatne szczęście, żeby pomagać innym. Spędzają cały czas w schroniskach jako wolontariusze lub pomagają łapać bezdomne, przestraszone psiaki, żeby miały szansę na lepsze życie. Pieniądze ze zbiórek i bazarków są ważne, ale na pewno ważniejsza jest taka fizyczna pomoc.

Tyle. Co kto wyciągnie z tego wpisu to jego :)