pies z hodowli

Pies z hodowli – problem z badaniami

Pies z hodowli – to trudny temat, ponieważ obrósł w wiele mitów oraz pewnych uprzedzeń. Dla niektórych psy rasowe to źródło całego zła na świecie, ponieważ w końcu przez nie kundelki nie mają domu. Z drugiej strony są miłośnicy konkretnej rasy, które nie wyobrażają sobie życia bez przedstawiciela ulubionej grupy psów.

Jednak większość zgodnie powie, że jeśli już decydować się na psa rodowodowego to tylko z hodowli i to nie byle jakiej – związkowej (najczęściej poleca się ZKwP/FCI)! Dlaczego tak? Ponieważ zdanie ogółu jest takie, że tylko hodowla ze stowarzyszenia gwarantuje zdrowego psa, który będzie zgodny ze wzorcem rasy. Czy tak jest na pewno?

Pies z hodowli – wymagane badania

Głównym powodem do napisania dzisiejszego wpisu był mail od Natalii, która ma ogromny problem ze swoim psem oraz hodowcą. Na samym wstępie chciałbym napisać jeszcze, że wpis ten nie ma absolutnie na celu oczernianie hodowców lub związków. Ma jednak na celu poruszenie bardzo ważne kwestii, czyli problemów z wymaganymi badaniami psów.

pies z hodowli 2

Z tego względu, że Związek Kynologiczny w Polsce jest największym tego typu stowarzyszeniem w naszym kraju to pewne elementy będą oparte właśnie na ich regulaminach. W końcu najwięksi powinni być przykładem dla innych, prawda? Jeżeli największy związek nie wprowadzi pewnych zmian to trudno ich oczekiwać od ”malutkich”.

Tutaj można ściągnąć regulamin ZKwP odnośnie wymaganych badań dla poszczególnych ras. Są to rasy objęte ”dodatkowymi wymogami hodowlanymi”. I tak przykładowo możemy zobaczyć, że Owczarek Niemiecki ma następujące wymagania:

  • wynik badania na dysplazję: A, B
  • przegląd hodowlany z testami psychicznymi
  • wyszkolenie minimum IPO-V – wyłącznie dla psów
  • wyszkolenie minimum BH – wyłącznie dla suk (obowiązuje od 01.01.2014)

Od razu zaznaczę, że te ”testy psychiczne” to bardzo podstawowe testy. Reakcja psa na hałasy, zbliżającego się obcego, na atak ze strony obcego i tak dalej. Generalnie nastawione na sprawdzenie, czy pies jest agresywny czy spokojny.

Z takich ”ciekawostek” warto zobaczyć, że dopuszczalny wynik na dysplazję to A lub B – ”A” oznacza, że staw jest całkowicie wolny od dysplazji. ”B” już oznacza ”prawie normalny staw”, czyli pewne odstępstwa są tolerowane. U niektórych ras dozwolony jest również wynik ”C”, czyli lekka dysplazja np: u Owczarka Francuskiego (Briard oraz Beauceron). Jednak na liście nie ma wielu ras – przykładowo wiem, że Samoyedy są narażone na choroby oczu, a jednak nie ma takiego wymagania, jeśli chodzi o badania.

Ogółem chodzi o to, że bardzo wiele osób twierdzi, że pies z hodowli to pewna gwarancja zdrowia, a często wcale tak nie jest. Wielu, naprawdę wielu hodowców pozostaje na wymaganych badaniach i tylko je przedstawia przyszłemu właścicielowi, a przecież sama informacja o dysplazji jednego stawu to żadna informacja o generalnym zdrowiu psa. Niewielu hodowców decyduje się na dodatkowe badania, a jeśli już to z powodu pewnej presji społeczeństwa.

pies z hodowli 3

Przykładowo nawet jeżeli dana rasa nie ma wymagania badania na dysplazję to i tak wielu hodowców to robi. Dlaczego? Ponieważ utarło się, że to bardzo ważne badania. Hodowcy więc je robią, nawet jeżeli dana rasa nie jest aż tak na to narażona. Ogółem można zauważyć, że hodowcy robią to co się ”sprzedaje”, a nie to co powinno się robić. Wielu hodowców rasy Samoyed robi badania na oczy, ponieważ jest to wynikiem presji pasjonatów rasy – w wielu miejscach znajdują się porady dla przyszłych właścicieli, gdzie naciska się na sprawdzanie tych badań.

Pies z hodowli – nie zawsze bajka

Teraz przystępujemy do kolejnej części tego wpisu, czyli historii Natalii:

Od wielu miesięcy czytam Twój blog (chociaż dosyć wyrywkowo), a ostatnio nie może mi wypaść z pamięci wpis (jeden i drugi) o umowie z hodowcą. Na zakładce „kontakt” znalazłam drobną zachętę do napisania jeśli ma się jakieś pytania lub po prostu chce się pogadać, więc o to piszę.

Od lutego jestem szczęśliwą opiekunką boksera. Chłopak wzięty z hodowli zarejestrowanej w ZKwP. Miesiącami tłumaczyłam narzeczonemu dlaczego to ważne, dlaczego to robi różnice, dlaczego możemy albo wziąć z tego jedynego legalnego źródła jego wymarzonego boksera, albo zaadoptować jakiegokolwiek innego psiaka. Bo skoro mamy zapłacić za psa, to zapłacimy dużo, ale ludziom, którzy się na tym znają. Piekarz piecze chleb, a hodowca zajmuje się hodowlą, koniec i kropka.

No i go przekonałam. Ba. Z dumy pękam kiedy słyszę w jego ustach swoje argumenty, które to trafiają do kolejnych osób. 

Znaleźliśmy kilka hodowli, które miały lub planowały w szczenięta, podzwoniliśmy, pogadaliśmy i to była zupełnie inna bajka. Najbardziej zaimponował nam jeden Pan, który w zasadzie zaczął wypytywać nas, zanim my zdążyliśmy zapytać o wszystko jego. Gdzie mieszkamy, jakie mamy warunki, plany dnia, ile ruchu będzie miał pies, jakie aktywności będziemy w stanie mu zapewnić, czy mamy doświadczenie z rasą. 
Z daleka widać było, że zależy mu na szczeniaku. Do tego hodowla zarejestrowana tam, gdzie być powinna, maluch piękny jak z obrazka, 3x piękniejszy niż można było sobie wymarzyć (no… pewnie każdy taki by był, ale to szczegół), rodzice przebadani na dysplazję, na wady serca, papiery do wglądu. Hodowla wprawdzie nowa, pierwszy miot, ale każdy kiedyś od czegoś zaczynał, prawda? Poza tym ojciec przed imieniem i nazwą hodowli ma więcej literek świadczących o tytułach niż w tym drugim członie. 

Przyjechaliśmy. Szczeniak taki jak obiecywał. Odważny, nauczony naprawdę wielu rzeczy. Świetnie dogadywał się z psami i z ludźmi. O wszystko zadbała Pani opiekująca się maluchami, co ciekawe nie faktyczny hodowca, ale wydało nam się to nawet rozsądne. Skoro jest ktoś kto ma więcej doświadczenia w prowadzeniu hodowli, w socjalizacji psów, to dlaczego go po prostu nie wynająć? Do dziś uważam, że jakiś sens to ma i do owej Pani nie wiele pretensji mogę mieć. Przejrzeliśmy papiery rodziców, kartę miotu, papiery małego, książeczkę zdrowia, metryczkę, umowę – wszystko było tak jak należy. Nic tylko podpisać, zostawić spory pliczek pieniędzy, wziąć kulkę i wracać 200km do domu. No i tak zrobiliśmy.

Z socjalizacji psa naprawdę do dziś jestem zadowolona i uważam, żę wcześniej wspomniana Pani odwaliła kawał dobrej roboty. Nie mieliśmy problemu „płaczu” w domu, nie mieliśmy psa z lękami, mieliśmy wesołą kulkę, odważną i ciekawską. Jest trochę łobuz, ale to zupełnie inna bajka. Jest taki o jakim marzyliśmy. Tylko jest chory.
Niedługo po wzięciu małemu zrobiłam kontrolną morfologię. Wszystkie wyniki super, poza poziomem Ca:P. No cóż… bokser, raczej większy pies, to się ponoć zdarza. No i tak walczyliśmy, powtarzaliśmy badania, zmienialiśmy dietę, a wyniki tylko coraz gorszę i gorszę. Milion razy konsultowałam się z Panią L. (tak ją nazwijmy), bo z Panem hodowcą jakoś kontakt się urwał, ponoć z powodu chorej żony zapracowany się zrobił. A Pani L. radziła i się martwiła i pomagała. Aż w końcu nie wytrzymała i wspomniała, że matce bąbla w trakcie ciąży zdiagnozowano przewlekłą niewydolność nerek. Ciąża była już zaawansowana, więc zdecydowali się ją utrzymać. Sama ponoć proponowała, żeby szczeniaki rozdać po znajomych hodowcach, którzy będą wiedzieli jak się nimi zająć, ale zarówno Pan Hodowca, jak i weterynarz powiedzieli, że nie ma sensu siać paniki. Nie ma pewności, że maluchy odziedziczą chorobę, a nóż będą zdrowe, spokojnie można za nie wziąć 3k za każdego. Urodziły się trzy. Dwa zostały sprzedane, jedna suczka została w hodowli do dalszego rozrodu.
Kiedy tylko dowiedziałam się o chorobie matki zapisałam się do weterynarza nefrologa. Czeka się długo, ale ponoć najlepszy specjalista w Warszawie. Wcześniej poleciła mi jakie konkretnie badania wykonać, a była to nieco szersza lista niż to co robiłam zazwyczaj. Przyjechałam, przejrzała wyniki, zrobiła USG, zmierzyła ciśnienie. Mały jest chory. PChN w fazie I. Po diagnozie Pani L. zrobiła badania suczce, która została pod jej opieką do dalszej hodowli – wyniki jeszcze gorsze. O trzeciej suczce niestety nie mam informacji, ale szanse na to, że jest zdrowa są raczej marne.
No nie powiem… Zdenerwowałam się. I denerwuje mnie to wciąż i to podwójnie. Po pierwsze dlatego, że coś przede mną zatajono. Oczywiście, o ile wówczas po prostu psa bym nie wzięła, o tyle teraz gdy usłyszałam od Pana Hodowcy, za pośrednictwem Pani L., że psa może odkupić, to mnie za przeproszeniem szlag trafił. Bo młody nigdy w moich oczach nie miał być ani psem wystawowym, ani reproduktorem, ani nie-wiem-kogo-oni-w-nim-widzieli, bo ja chciałam ogoniastego przyjaciela, a to oni od pół roku stękali o wyrobienie rodowodu (który, swoją drogą, w mojej opinii jest teraz po nic, ale o tym zaraz). Nie wiem, jak okropnym człowiekiem trzeba być, żeby w takiej sytuacji psa oddać. Teraz, gdy spędziłam z nim już prawie 9 miesięcy i nie wyobrażam sobie dnia bez niego. Nie wiem też, jak bezdusznym trzeba być, by spokojnie coś takiego zaproponować jako dobre wyjście z sytuacji, bo UPS – wydało się. Nie wiem jak można było bez mrugnięcia okiem sprzedać potencjalnie chorego psa, osobie, która z tą chorobą nie ma najmniejszego doświadczenia. Cóż… Dokształcam się w takim tempie, że niedługo zostanę specjalistą, choć uczciwie przyznaję – wolałabym nim nie być. Wolałabym zdrowego psa. I nie zrozum mnie źle. Wolałabym, żeby TEN KONKRETNY PIES, do którego przywiązałam się bardziej niż ustawa przewiduje był zdrowy. O. Nie chcę innego. Nie chcę pieniędzy za niego. Nie chcę go oddać, ani zamienić. Przykre, że pełnego zdrowia mu nie kupię. Mogę jedynie dbać o to, by w relatywnie dobrej kondycji dożył jak najpoważniejszego wieku i właśnie to staram się robić.
Ale to jest jedno. Po prostu nie chcę mieć już z tym hodowcą nic wspólnego. Bardziej mierzi mnie druga sprawa. Matka bąbla jest chora. Jego siostra, która pewnie za rok będzie miała pierwszy miot również jest chora, a nikt nie widzi w tym nic złego. Matka ma już wszystkie stosowne badania i wyróżnienia, młoda jeździ od wystawy do wystawy zbierając doświadczenie i niezbędne tytuły. I niech mi nikt nie mydli oczu, że robią to czysto rekreacyjnie, bo psy, które już „swoje uzbierały” nagle rekreacyjnie jeździć na wystawy przestają. Bo mnie także instruowano: że najpierw rodowód, potem ta wystawa, tamta, ten test, znowu wystawa, bla, bla, bla, dopóki ostro nie powiedziałam, że mój pies reproduktorem nie będzie. Koniec i kropka. Nie mam w umowie nic, co predysponuje ich do decydowania o tym. Decyzje na ten temat podejmuję ja i mój partner, a ona jest jednoznaczna i nie zmieni się tak, jak i pies nie wyzdrowieje. I owszem, obie są pięknymi psami o cudownym usposobieniu. Ale na litość boską… są chore. Szanse na to, że dożyją sędziwego, nawet jak na tę rasę, wieku w zdrowiu są minimalne. Czy naprawdę chcemy robić więcej chorych szczeniaczków, których właściciele dowiedzą się po miesiącach żmudnego latania od weterynarza do weterynarza, że… UPS, wydało się, mogę odkupić?
Sama niestety nie wiedziałam o tym, że boksery mogą być jakkolwiek, w większym stopniu narażone na choroby nerek i należy o to zapytać. Z tego, co się orientuję, nie ma też wymogu robienia psom i sukom hodowlanym tej rasy badań pod tym kątem. Trzeba prześwietlić stawy, ładnie jest zbadać serce, o nerkach ani widu, ani słychu. Można powiedzieć, że po prostu się takich badań nie zrobiło (bo i po co?), a jeśli potencjalny kupujący nawet o nich nie wspomni, co jest bardzo prwadopodobne – po prostu ich nie pokazać, jak to było w naszym przypadku. Czyli TEORETYCZNIE nie ma większych przeciwwskazań, a już na pewno problemu z tym, żeby w hodowli pojawił się niedługo jeden, albo i dwa mioty. 
A ja się z tym kurcze nie zgadzam. Nie zgadzam całą sobą, bo to mija się z moim wyobrażeniem o dobrej hodowli. Mija się z tym, co myślałam o ZKwP. Mija się ze wszystkim, co naopowiadałam ludziom. Może moja wizja była z lekka utopijna, ale to już po prostu… nie mam cenzuralnego słowa. I nie wiem, co zrobić. Mogę wypatrywać, czy nowy miot się już pojawił, czy jeszcze nie, mogę robić czarny PR, ale to też nie o to chodzi. 
I powiedz mi proszę… Czy ja za bardzo się przejmuję? Mieszam w nie swoje sprawy? Powinnam n-ty raz spróbować ochłonąć i po prostu uznać, że „nie mój cyrk – nie moje małpy” i w ogóle o tym zapomnieć? A może jest coś, co mogę, a nawet powinnam zrobić? Nie mam kogo zapytać. Nie mam w otoczeniu nikogo, kto ma jakiekolwiek doświadczenie z hodowlami, hodowcami, przepisami i niepisanymi umowami. Dobrze znam tylko tę jedną hodowlę, od której już więcej informacji chyba nie chcę.”
pies z hodowli 4
Niestety żadne stowarzyszenie nie chroni przed hodowcą, który jest po prostu chciwy i nie ma tu reguły, czy jest to ZKwP czy klub Psa i Kotka. Stowarzyszenia mogą jednie tworzyć regulaminy i wewnętrzne zobowiązania, ale zawsze znajdzie się ktoś kto postara się to ominąć. Niestety w wielu przypadkach przed samym zakupem wszystko wydaje się idealne – hodowca uprzejmy, a psiaki doskonałe. Dopiero po pewnym czasie pokazują się pewne zgrzyty i często jest już za późno.
Nie znaczy to oczywiście, że teraz nagle wszyscy mają się bać – nie. Chodzi o to, że powinniśmy wybierać psa jeszcze bardziej świadomie. Wielu osobom wyłącza się pewne logiczne myślenie podczas wybierania psa, ponieważ myślą, że ”skoro to ZKwP to musi być dobrze”. Prawda jest taka, że w wielu przypadkach ZKwP nie ma realnego wpływu na samego hodowcę.
Jednak z drugiej strony ludzie mogą mieć wpływ na stowarzyszenie, aby ich regulaminy były jeszcze bardziej rzetelne i zostawiały jak najmniej furtek. Moim zdaniem obecne wymagania odnośnie badań psów są zbyt małe, a wpływ weterynarzy ZKwP na sprawdzanie miotów zbyt niski. Powinny być wymagane badania nie tylko dla maluchów, ale przede wszystkim dla rodziców. I to nie raz i na konkretne choroby, a w trakcie całego życia. Powinny być wymagane pełne badania krwi w regularnych odstępach czasu oraz generalne sprawdzenie stanu zdrowia psa.
Nawet jeżeli pies nie jest chory na coś poważnego, ale ma ogólny słaby stan zdrowia to taki pies nie powinien być dopuszczony do rozmnażania. Nie chodzi tylko o możliwość przekazania jakiejś choroby potomstwu, ale generalnie – chory i zmęczony pies nie powinien być rozmnażany, ponieważ to jeszcze bardziej obciąży jego organizm. Stowarzyszenie, do którego należy hodowca powinno mieć możliwość wnikliwej, regularnej oceny stanu zdrowia psa i możliwość uniemożliwienia dalszego rozmnażania, jeżeli mogłoby to powodować zagrożenie dla psa lub jego potomstwa. Tyle.
Jeżeli chodzi o samą historię Natalii to nigdy takie rzeczy nie są przyjemne. Trudno również z nimi coś zrobić. Teoretycznie zgodnie z prawem możemy zgłosić sprawę do sądu. Jeżeli kupujemy psa (zgodnie z prawem pies traktowany jest jak przedmiot) i podpisujemy umowę to zakładamy, że pies jest zdrowy (o ile w umowie nie ma innej informacji). Możemy iść do sądu i domagać się odszkodowania lub pokrycia pewnych kosztów. Najlepiej jednak najpierw skonsultować sprawę z prawnikiem. Natalia ma o tyle prościej, że ma dowód, że hodowca wiedział o chorobie psów.
pies z hodowli 5
Druga sprawa jest taka, że zawsze mamy możliwość zgłoszenia swoich zastrzeżeń do oddziału Związku Kynologicznego w Polsce – w zależności od oddziału (niektóre mają milszych pracowników, inne cóż…akceptowalnych) nasza sprawa może się potoczyć trochę inaczej. Najwyższą karą w ZKwP jest usunięcie z grona hodowców stowarzyszenia.
I teraz tak – po co? Niektórzy powiedzą, że jak już pies jest chory to trudno, trzeba zacisnąć zęby i mu pomóc. Oczywiście, że tak. Niemniej uważam, że nieodpowiedzialnego hodowcę powinna spotkać kara. Zdrowia psu nie zwrócimy, ale możemy uratować kolejne psiaki. Hodowcy robią takie ”akcje”, bo chcą zarobić więcej niż powinni – normalnie chorego psa nikt nie kupi, więc to strata.
Jeżeli więc otworzymy sprawę sądową to zmarnujemy hodowcy czas oraz może nawet pieniądze. Raz dostanie nakaz zwrotu pieniędzy to może mu się odechce kolejny raz kombinować (jak nie zarobi, a może nawet straci to przestanie mu się hodowla opłacać). Jeżeli sprawę zgłosimy do ZKwP i oni wyciągną od niego konsekwencje to również może to zniechęcić do dalszego kontynuowania swojej działalności.

Pies z hodowli – podsumowanie

Także z dzisiejszego wpisu wynikają dwie rzeczy. Pierwszą jest konieczność zmiany regulaminów stowarzyszeń w taki sposób, aby wymagane badania były rozszerzone o ich większą ilość. Dysplazja to wcale nie jest najgorsza i najbardziej powszechna choroba u każdej rasy, a studiując regulaminy można mieć wrażenie, że głównie na tym się hodowcy skupiają. Każda rasa ma swoje problemy i jest narażona na różne choroby. Zwiększenie ilości wymaganych badań spowoduje, że kolejne mioty będą mniej narażone na różne kłopoty w przyszłości. Kolejna sprawa to zwiększenie możliwości stowarzyszenia, aby mogło na bieżąco sprawdzać stan zdrowia psa i w razie czego mogło uniemożliwić dalsze jego rozmnażanie.

Druga rzecz to nie popuszczanie hodowcy. Znam wiele osób, które kupiło psa i coś tam się z nim później działo (niekoniecznie coś groźnego, ale widać, że była to odpowiedzialność hodowcy). Wiele z tych osób olało sprawę, bo nie chciało robić problemów. Moim zdaniem każdy właściciel powinien pociągać do odpowiedzialności hodowcę, ponieważ pobłażanie powoduje tylko zwiększenie się tego procederu.

Obecnie hodowcy nie czują praktycznie jakiejkolwiek presji. Dopisują sobie do umowy bzdury i się z tego cieszą. O samych umowach z hodowcą możecie poczytać tutaj. Jeżeli sami na to pozwalamy to nie możemy się dziwić, że tak to działa. Oczywiście nie mówię tu o totalnych bzdurach, a rzeczywistych problemach. Do nas Levi przyjechał z łupieżem wędrującym i od razu skontaktowaliśmy się z hodowcą. Przeprosił nas, oddał pieniądze za leczenie.

I tak to powinno wyglądać. Problemy się zdarzają i nie zawsze mamy na nie wpływ. Jednak dobry hodowca powinien wziąć odpowiedzialność za psa, którego sprzedaje.

  • moni.l

    Chciałam kupić goldena. Ale to bardzo popularna rasa i niesie to za sobą duuuże ryzyko. Przyznam szczerze, że właśnie dlatego, o czym piszesz, zdecydowałam się na kundelka, który też może mieć problemy zdrowotne, ale że tak powiem, losowe. Po kilku telefonach, po poczytaniu umów, po zapewnieniach o zdrowiu, wypytywaniu o wszystko, a w ostateczności po moim dziwnym przeczuciu, że coś ten szczeniak nie do końca do mnie będzie po wszystkim należał, stwierdziłam, że wolę wziąć mieszańca, którego los byłby inaczej przesądzony. Czy żałuję? No, było wiele problemów behawioralnych, jak to bywa z niesocjalizowanymi psami i czasami w chwilach desperacji mówiłam, że już nigdy psa po przejściach nie wezmę, tylko z hodowli. Ale nie, nie żałuję. Nuka jest wspaniałym psem, po prostu musiałam z nią więcej pracować, lepiej ją poznać. A co do różnych predyspozycji ras do chorób, to na pewno nie kupiłabym buldoga ani boksera, zwłaszcza francuskiego. Nie miałabym siły patrzeć na ich męczarnię przy zwykłym bieganiu.

    • Ja na to patrzę trochę inaczej – to nie jest tak, że dana rasa ma problemy, a raczej jakiś typ psa. Problemy z dysplazją mogą mieć wszystkie duże i olbrzymie rasy – czy są to psy rasowe, czy kundelki. Problemy z uszami często mają psy z długimi, klapniętymi uszyskami i tak dalej. Nie ma chyba choroby, która jest specyficzna tylko dla jednej rasy.

      Plus psa rasowego jest taki, że wiesz z jakich ras pochodzi i na co jest narażony. Mam Samoyeda, więc wiem, że trzeba obserwować oczy. Jeżeli miałbym kundelka to nie wiedziałbym na co szczególnie zwrócić uwagę, a kundelek, który gdzieś tam w rodzinie miał samoyeda również może być narażony na ten typ choroby.

      • moni.l

        Tak, ale bardziej chodzi mi tu o podejście hodowców. Że jakby bardziej ufam selekcji naturalnej niż ludziom. Z listu Natalii wynika, że hodowca ją po prostu oszukał, ale ja szukając goldena, miałam wrażenie, że albo trafiam na osoby, które po prostu chcą zarobić, na których patrzę podejrzliwie, albo na tych ą,ę, co to znowu patrzą podejrzliwie na mnie (pies i dziecko? Małe mieszkanie W BLOKU? Pracuje pani na etacie? Da pani radę? No błagam). Goldeny są teraz bardzo popularne, więc dużo różnych ludzi chce na nich zarobić. No po prostu nie trafiłam na dobrego hodowcę, albo takie było moje przeznaczenie :)

        • Serio? :) Gdzie u kundli ”selekcja naturalna”? :) Pies biegnie najkrótszą drogą do najbliższej suki w cieczce i tyle. Oczywiście psy wyczuwają stan zdrowia drugiego psa, ale raczej ”dysplazji” nie rozpoznają.

          Każdy ma prawo wybrać psa jakiego chce – rasowego lub nie, ale proszę nie dorabiajmy do tego ideologii, bo naprawdę pies domowy z ”selekcją naturalną” nie ma nic wspólnego :)

          • moni.l

            Ależ tak, tak właśnie działa natura i selekcja naturalna. To nie jest żadna ideologia tylko biologia. Zwierzęta rozmnażają się w ten sposób od milionów lat, bez pomocy ludzi. W przypadku wolno żyjących psowatych i dzikich psów nikt ich nie łączy w pary na podstawie koloru ciapek, tylko to suka decyduje, którego dopuścić. I nie, pies, który nie może z jakichś powodów pokryć suki (buldożki francuskie), nie pokryje suki, natura jest brutalna. A chore szczeniaki nie przeżyją i nie będą powielać swoich genów. Nie mówię, że w ten sposób powstają mieszanki genów psów idealnych do życia w mieście, ale naprawdę, hodowanie pod kątem kilku pożądanych cech nie ma nic wspólnego z naturą. To, co ludzie zrobili z niektórymi rasami o pomstę woła. Nie jestem przeciwniczką psów rasowych, po prostu wśród hodowców goldenów nie znalazłam osoby, moim zdaniem, godnej zaufania i zdecydowałam się na wzięcie psa nierasowego. Tak po prostu, bez ideologii. Nie mówię też, że kundelki są zdrowsze niż wszystkie psy rasowe, ale popatrz na ledwo biegające bokserki francuskie, na powłóczące nogami owczarki niemieckie, na ledwo idące jamniki. Nie, nie widziałam kundla w tak złej kondycji. Może dlatego, że właściciele ich nie leczą, tylko od razu usypiają. Nie wiem.

          • Selekcja naturalna działa tak, że jeżeli psy są chore i mają chore potomstwo to to potomstwo umiera i geny nie są przekazywane dalej.

            Natomiast u psa domowego wygląda to tak, że pies ucieka, robi suce młode i często nawet jak te młode są chorowite to nadal mogą przeżyć – robią się akcje, zbiórki, szczeniak znajduje dom i generalnie geny mogą być przekazane dalej. Potem znowu taki pies odratowany ucieknie i dalej ma młode.

            U kundelków nikt nie patrzy na dysplazję i tak dalej, a potem psiaki się rozmnażają i przekazują dalej takie geny. Hodowcy (nawet jeśli nie wszyscy) jednak w pewien sposób to odsiewają.

            Ważną kwestię poruszyłaś na koniec – kundelków chorych widuje się mniej, ale głównie z takiego powodu, że albo kundelki umierają młodo (są bezdomne, umierają pod kołami samochodu itd.) albo są usypiane.

          • Małgorzata Chudy

            Dlatego kundelki przed adopcją powinno się sterylizować/kastrować, bo nie wiadomo do kogo trafią. Tylko osoby, które są odpowiedzialne i są pewne, że będą w stanie upilnować psa/sukę powinny dokonywać wyboru czy chcą sterylizować psa czy nie, ponieważ sterylizacja także wiąże się z pewnym ryzykiem. Takie osoby powinny mieć wybór jeśli wezmą psa niesterylizowanego np. z hodowli.

          • Też uważam, że powinien być wymóg kastracji, ale niestety się na to nie zapowiada :)

          • Małgorzata Chudy

            Naturalna selekcja występuje tylko u zwierząt żyjących dziko w naturalnym środowisku, gdzie zwierzęta chore, słabsze czy po prostu głupsze są likwidowane przez drapieżniki jeśli nie zabije ich coś innego. Psy nie podlegają naturalnej selekcji ponieważ żyją z ludźmi. Tak samo inne hodowane zwierzęta. Psowate a psy domowe to dwie różne sprawy.

            Masz rację, że niektóre rasy są zdeformowane i po prostu nie powinno coś takiego mieć miejsca, ponieważ psy cierpią i chorują.

            Bardzo chore kundelki też się trafiają, tylko że ich los zależy od tego na kogo trafią. Niestety wielu ludzi traktuje zwierzęta przedmiotowo i stawia pieniądze wyżej od nich.

          • moni.l

            Oczywiście, to pewien skrót myślowy, psy domowe nie podlegają ściśle prawom naturalnej selekcji, ale wierzcie lub nie, na wsiach często nie ma takiej opieki nad psami, jak nad np. bydłem, więc selekcja istnieje. Psy często wałęsają się po polach, a szczeniaki słabe i chore od razu odpadają. Ba, nawet zdrowe często się eksterminuje. Podobnie jest z kotami. Chodziło mi o to, że nikt na te psiaki nie chucha i nie dmucha, jak to ma miejsce w hodowlach, a krzyżują się między sobą i losowo. Oczywiście często bywa, że wszystkie okoliczne kundle wyglądają tak samo, co sugeruje, że krzyżowały się ze sobą blisko spokrewnione osobniki. Wydaje mi się, że łatwiej zatuszować pewne choroby wśród miotów hodowlanych, nie robiąc pewnych badań, wydając szczeniaki wcześniej, gdy objawy się jeszcze nie ujawniają. Bo ma się z tego zysk. A dzieje się tak, gdyż ludzie chcący kupić szczeniaka, są bardzo zdeterminowani, zakochani w szczeniaku i w rasie, i bardzo chcą go mieć. Emocje biorą górę. Ci natomiast, co decydują się na kundelka, często kierują się mniej właściwymi pobudkami, na przykład darmochą, więc nie ten, to inny, ładniejszy, śmielszy. A poza tym, pies brudzi w domu – pozbyć się, szczeka na domowników -pozbyć się, nieposłuszny -pozbyć się. Skąd tak wiele porzuceń kundli? Bo nikt tak łatwo nie porzuca psa, za którego zapłacił? Dlatego uważam, że selekcja wśród kundli występuje (osobniki chore nie są ratowane, agresywne są usypiane, te, co nie umieją przechodzić przez ulicę, tracą życie pod kołami), być może nie w rozumieniu ścisłej definicji, ale przez szereg czynników.

          • Nie ma czegoś takiego, jak bokser francuski, a bokser to nie buldog. Tak nawiasem mówiąc.

          • moni.l

            tak, tak, buldog… dobrze, że zawsze ktoś zauważy te wszystkie głupie błędy, bo sama się kapnęłam jak już poszło :D Brawo za czujność.

  • Małgorzata Chudy

    Bardzo smutna jest historia Natalii i jej psa. Życzę im, aby mimo wszystko było jak najlepiej, jak to tylko możliwe, z psiakiem i żeby był z nią jak najdłużej.

    Ten hodowca to po prostu zwykły oszust jakkolwiek by na to nie patrzeć. To jest jedna strona. Dla sądu. Też uważam, że powinno się coś z takimi robić. Druga strona to to, że nie powinien być w ogóle hodowcą, ponieważ nie dba o dobro rasy. Ale to jest tak jak piszesz, to jest szerszy problem. Przecież od kogoś tę matkę szczeniaka kupił. Nie był jedyny. I nie jest. To też nie powinno być zatajane/ignorowane.

    Tacy ludzie nie chcą skończyć, ponieważ nie tylko na szczeniakach by stracili, ale też na wszystkim innym ( na kupnie rodziców, badaniach, utrzymaniu psów ). Nie hodują psów z pasji, tylko dlatego, że pewnie wydaje im się, że mógłby to być niezły biznes i prawdopodobnie nie widzą psów tylko pieniądze na łapach.

    Cieszę się, że piszecie o takich sprawach i w taki sposób.

    • Moim zdaniem hodowca nigdy nie powinien być przede wszystkim przedsiębiorcą, bo potem takie rzeczy się dzieją. Najważniejsze powinno być dobro rasy, bo to definiuje hodowlę samą w sobie.

      Natomiast trudno nie zauważyć, że ”sprzedaż” szczeniąt to bardzo dobry sposób na zarobek…

      • Małgorzata Chudy

        Tez mam takie zdanie.

        Tak. A już zwłaszcza jak się oszczędza na dobrostanie psów.

  • Angelika Szefer

    Witaj. Mój przypadek jest ciut podobny do Natalii. Suka owczarka kupiona od hodowcy,badania na dysplazję byly,ale innych brak….bo i po co😉 Szczeniak zdrowy…do wieku 8 miesięcy,potem nawracające biegunki i chudnięcie. Badania i diagnoza…zewnątrzwydzielnicza niewydolność trzustki…enzymy do końca życia, w wieku 1,5 roku doszła zła wchłanialność …zastrzyki z B12. Walczymy, sunia też. Miałam kontakt z właścicielami rodzeństwa mojej suni….wszystkie zdrowe. Tylko ona jedna choruje. Cóż tak bywa. Skontaktowałam się z hodowczynią…by wiedziała,że w miocie był jeden zły rodzynek. Reakcja hodowcy…moim zdaniem super…podziękowala za kontakt i info,ponieważ nigdy więcej nie połączy w związku z zaistniałą sytuacją tej pary (czyli ojca i matki mojej suni),by nie urodził się szczeniak z podobnymi problemami.

    • Nie zawsze jest to wina hodowcy – czasami tak po prostu się zdarza. Moim zdaniem właśnie najważniejsza jest reakcja. Jeśli to coś w stylu ”nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem” to wiadomo, że cwaniak. Natomiast prawdziwy hodowca powinien się zainteresować.

      Z tego co wiem to choroby genetyczne mogą nawet przez kilka pokoleń się nie ujawnić.

  • kalyna

    Bardzo przykra sytuacja spotkała Natalię. Życzę zdrowia i wytrwałości w walce o Waszego psa.
    Bardzo przykre jest to, że są rozmnażane psy, które mają problemy ze zdrowiem i psychiką. A wszystko wychodzi po zakupie. Tylko właśnie powinno się tak dobierać krycia, aby zminimalizować wystąpienie chorób, dobrać cechy psychiczne, a w rzeczywistości liczy się tylko wygląd.

    Sama jestem, albo byłam na etapie rozmów z hodowcami, analizowaniem psów w rasie i na razie, świadomie, zrezygnowałam z rasowego papsa. Ale to jest bardzo obszerny i złożony problem :(

    • Niestety przed zakupem trudno na 100% stwierdzić jaki będzie pies w przyszłości, ale z kundelkami/adopciakami jest jeszcze gorzej. To całkowita loteria, jeśli tak na to spojrzymy.

  • Natalia

    Cieszę się, że udało Ci się poruszyć ten temat, a nasza historia może stać się przykładem tej „ciemnej strony” hodowli. Może dzięki temu ktoś jeszcze skrupulatniej będzie podchodził do wyboru źródła, z którego będzie pochodził jego szczeniak.
    Jak już mówiłam w naszej korespondencji mailowej, wyraźnie widzę tendencję do przesadnego gloryfikowania ZKwP i FCI. Na każdej grupie poświęconej danej rasie, kiedy ktoś wrzuca zdjęcie szczeniaka łatwo zaraz znaleźć komentarze w stylu „Śliczny. Jaka hodowla?”. I doświadczenie już nauczyło mnie, że jest to pytanie tendencyjne, bo w rzeczywistości ktoś chce tylko informacji nt. tego, czy psiak jest z pseudo- czy też z hodowli zarejestrowanej, w którymś z legalnych związków. A jeśli nie jest, niemal zawsze zaczyna się afera i punktowanie, dlaczego dana osoba dołożyła swoje 5 groszy do całego zła na świecie.
    I ja się z tym częściowo zgadzam. Ale w tym wszystkim w zasadzie nigdy nie spotkałam się z chociażby różnicowaniem legalnych hodowli na lepsze i gorsze. Jeśli szczeniak jest z ZKwP to automatycznie następuje koniec tematu. Jest dobrze, pięknie i cukierkowo. A bywa różnie i o tym trzeba wiedzieć.

    Ciekawy przykład:
    Jedna Pani na grupie facebookowej przedstawiła swojego szczeniaka i wspomniała, że coś nie do końca zdrowy się wydaje. Oczywiście szybko wyszło, że maluch jest z pseudo, a kobieta została zakrzyczana za bycie nieodpowiedzialną, za ŚWIADOMY zakup chorego szczeniaka (tok rozumowania: pseudo = potencjalnie chory) i inne. Użyto sztampowego argumentu: zaoszczędziłaś na psie, teraz wyrówna Ci się u weterynarza. Trzeba było być mądrą i wziąć z ZKwP. No to wtrąciłam swoje 3 grosze, że nikt gwarancji na zdrowie nie daje, a z legalnymi hodowlami to też różnie bywa. W odpowiedzi usłyszałam, że nie mam racji, bo tam są wymagane badania. I koniec. No i owszem. Badania są wymagane. Tylko mało.

    Najgorsze jest jednak to, że mało który, potencjalny właściciel psa będzie wyposażony w specjalistyczną wiedzę weterynaryjną, żeby móc jak najrzetelniej sprawdzić stan zdrowia rodziców szczeniaka i samych szczeniąt. Z wieloma mniej popularnymi chorobami właściciel spotyka się dopiero kiedy dotykają one jego psa, a wcześniej nie ma nawet pojęcia o ich istnieniu. I w mojej opinii nie ma tutaj innego rozwiązania, niż poszerzenie listy badań wymaganych przez związek, co automatycznie doprowadzi do poszerzenia się wiedzy ogółu. Ostatecznie nie znam osoby, która nie słyszała o dysplazji, o tym się mówi i (a może „ponieważ”?) tego się wymaga. Ale pies potencjalnie wolny od dysplazji nie równa się jeszcze z psem zdrowym. I oczywiście, nikt nie może nikomu zagwarantować, że 8 tygodniowe szczenię pozostanie zdrowe do końca swojego życia. Ale fakt, że istnieje luka w przepisach, przez które psy chore (na mniej popularne, acz ciężkie choroby) mogą być dalej legalnie rozmnażane jest dla mnie karygodny. Hodowcy to też ludzie. A ludzie, jak wszędzie, dzielą się na tych lepszych i gorszych. ZKwP niestety nie zrzesza tylko tych lepszych :)

    I dziękujemy za wszystkie życzenia zdrowia :) Żyjemy, ganiamy z frisbee i zaraz ruszamy z kolejnymi kursami :) Od kiedy bąbel został zdiagnozowany i bierze stosowne leki i suplementy jest nam jeszcze weselej :)

    • Masz całkowitą rację – moim zdaniem takie czepianie się i argumentowanie, że jak chory to na pewno pseudo jest dziwne. Legion jest z ZHPR, który na wszelkich grupach fejsbukowych uważany jest za pseudo i szczerze przyznam, że jeśli ten związek miałby w swoich szeregach hodowle samoyedów to również Levi byłby z tego stowarzyszenia, bo nic mu zarzucić nie mogę.

      Najważniejsza jest hodowla, ale nawet naprawdę szczegółowo sprawdzając można się naciąć. Nabywcy można wszystko wcisnąć – pokazać papierki, pokazać ładne warunki i piękne psy. Niestety w takich czasach żyjemy, że niektórzy dorabiają się na oszukiwaniu. Jednak co innego sprzedać uszkodzony samochód, a co innego chorego psa – to już trzeba nie mieć sumienia chyba…

      • Zuzek008

        ZHPR z tego co wiem należy do UCI, czyli do równie dobrego i starego związku co FCI. Polscy fanatycy psów mają już kuku na muniu z tymi związkami…Gdyby do FCI mógł należeć więcej niż jeden klub z danego kraju napewno byłby to ZHPR ;G

        • Dokładnie to! Wiele osób myśli, że ZKwP jest w FCI, bo jest jakimś wyjątkowym stowarzyszeniem, a prawda jest taka, że w momencie wstępowania do tej federacji było to jedyne stowarzyszenie kynologiczne w Polsce, więc nie miało konkurencji.

          W ogóle głupi jest fakt, że FCI w taki sposób przyjmuje, ale to ich prawo.

  • Przykra sprawa, współczuję. Dobrze, że udało się chociaż zdiagnozować chorobę.

    Osobiście ciekawi mnie, co to za nowa hodowla i jaki przydomek nosi suka. Choć niestety nie mogę powiedzieć, że ta sytuacja mnie dziwi. Wymagania hodowlane w przypadku bokserów są po prostu śmieszne, a pomijając może trzy czy cztery wyjątki, moje zdanie o polskich hodowcach bokserów jest bardzo, bardzo słabe (a uogólniając, jeszcze gorsze o innych właścicielach psów tej rasy) ;).

    W każdym razie osobiście uważam, że w Polsce ZKwP jest najlepszym wyborem, co nie jest równoznaczne z tym, że jest wyborem idealnym (czy chociażby bardzo dobrym). Ale generalnie takie sytuacje utwierdzają mnie przede wszystkim w przekonaniu, że nie istnieje związek, który byłby przyjazny osobom początkującym (obojętnie czy mowa o osobach, które po raz pierwszy decydują się na psa czy osoby, które wchodzą w nową rasę). Bez posiadania doświadczenia albo chociażby zaufanej osoby, która zna się na danej rasie, branie psa skądkolwiek to loteria. I albo się uda, i wszystko będzie w porządku, albo… no właśnie.

    • Ja zawsze jestem zdania i za każdym razem będę to powtarzał – związek lub stowarzyszenie się nie liczy, liczy się tylko hodowla. I myślę, że wszyscy powinni zmienić ten tok myślenia.

      Nie każda rasa jest dostępna w ZKwP i nie każdy typ danej rasy jest tam dostępny. Gdzie indziej szukamy psa pracującego, psa do sportu, psa do wystawy i najpierw powinniśmy szukać dobrej hodowli i dobrego psa, a dopiero potem spojrzeć na logo stowarzyszenia :)

      Natomiast dla mnie absurdalne są niskie wymagania zdrowotne psów do hodowli i moim zdaniem trochę przeczy to samej filozofii świadomego rozmnażania zwierząt…

  • Ola

    Smutna historia..ja planuję psa z hodowli, ale na pewno będę szukać przez znajomych, po prostu żeby było to sprawdzone skąd hodowla się wzięła, jak działa i przede wszystkim gdzie psy są dobrze sprawdzone i nie ma żadnych tajemnic.
    A z tym co wyżej, to w sumie w przypadku psów schroniskowych itp możemy trafić za każdym razem na ciężkie i mniej ciężkie ale uciążliwe choroby. Chociaż no tak, w hodowlach nie powinno to mieć miejsca…

    • Myślę, że szukanie po osobach znajomych, które potwierdzą hodowlę to bardzo dobry pomysł. Natomiast mocno niepolecany w internecie – głównie chodzi o to, że wiele osób zakłada, że ”psa trzeba dopasować do siebie, a nie tak jak znajomy brał”.

      Natomiast nie można ukryć, że jak ktoś wziął psa z hodowli i jest bardzo zadowolony z psa i hodowcy to naturalne, że może polecić. Finalnie i tak trzeba sprawdzić psa i podjąć decyzję, ale to zawsze jakaś świadomość. Wiadomo, że nie weźmiesz psa sportowego, jeżeli szukasz wystawowego :)