Kastracja psa, czyli ujarzmić bestię – nasza droga ku lepszemu

Kastracja psa to temat, który pojawiał się u nas już kilka razy, ale informacji i opinii o tym nigdy za wiele. Dzisiaj pierwszy wpis gościnny zgodnie z naszym poprzednim ogłoszeniem. Mamy nadzieję, że nowa forma tekstów się spodoba, a inni autorzy wprowadzą powiew świeżego powietrza na tego bloga :)

Pamiętajcie, że cały czas szukamy ciekawych tekstów i interesujących osób do pisania. Jeżeli ktoś chce spróbować to niech do nas pisze na kontakt@zyciezpsem.pl – każdemu postaramy się dać szansę!

Poniżej wpis od Moniki z berylispolka.pl – zapraszamy do czytania!

Ujarzmić bestię – nasza droga ku lepszemu

Cześć! Jestem Monika, mam wyżła Beryla i dzisiaj to ja na chwilę przejmuję scenę Życia z Psem. Jesteście ciekawi, o czym będzie spektakl? Zgodnie z tytułem o tym, jak wychowałam sobie psią bestyjkę i co potem zrobiłam, by ją ujarzmić.

„B” jak „bomba energetyczna”

Przedstawianie Beryla można w zasadzie zacząć i skończyć na jednym słowie: ENERGIA. Od zawsze tak było i myślę, że na zawsze tak zostanie. Składa się na to kilka czynników: z pewnością specyfika rasy, z pewnością jego osobowość, ale również… moje błędy. Tak, popełniłam sporo błędów. Przede wszystkim w zasadzie w ogóle nie poświęcałam czasu na naukę spokoju i wyciszania. Znajdowałam za to mnóstwo zajęć, które dodatkowo nakręcały i tak już podkręconego psa: a to rzucanie zabawek, a to szarpaki, a to niekończące się gonitwy z psami… Przez bardzo długi czas jakoś nie przyszło mi do głowy, że skoro Rudy wiecznie dostaje silne bodźce, to nie ma skąd nauczyć się dobrego odpoczywania, siadania na łączce, nicnierobienia i spokoju.

W dodatku bardzo długo byłam właścicielem, którego oczy śmiały się do widocznych w oddali, biegających luzem piesków. Od razu myślałam sobie: „super, będzie zabawa!” i rzadko kiedy zapinałam Rudego na smycz. Wszystko wydawało się zresztą iść pięknie. Mieliśmy coraz to nowych kolegów i koleżanki, energiczny szczeniak ganiał się za każdym razem z innym psem, ja nawiązywałam znajomości z ludźmi, no po prostu cud, miód i orzeszki! W końcu jednak okazało się, że taki układ na dłuższą metę nie ma racji bytu.

kastracja psa

Kiedyś zabawy Beryla z innymi psami wyglądały głównie tak: NAPARZANKA!

Miłe złego początki

Z czasem robiło nam się coraz trudniej. Beryla w zasadzie nie dało się zmęczyć, bo przecież wiecznie robiliśmy więcej i więcej – wyrobiła mu się niesamowita kondycja. Za każdym razem, gdy akurat nie miałam czasu na dłuższy spacer, automatycznie uaktywniało mi się poczucie winy, bo przecież „pies niewybiegany, olaboga, co to będzie”. A potem, na domiar złego, zemściło się na nas moje podejście do kontaktów Rudego z innymi psami. Przyznam szczerze, że do dziś nie jestem w stanie zrozumieć siebie.

Dlaczego, skoro sama nie witam się serdecznie z każdym mijanym człowiekiem, w mojej głowie kiedykolwiek zakiełkowała myśl, że obwąchiwanie się z każdym napotkanym psem, nierzadko na smyczach, jest w porządku? Nie wiem, ale za to wiem, że któregoś dnia pewnemu chartowi nie spodobał się Beryl. Przeżyłam straszliwe kilkadziesiąt sekund, podczas których plątałam się w linki obu psów i próbowałam ze wszystkich sił sprawić, by chart nie ugryzł Beryla. Krew się nie polała, za to mój pies po raz pierwszy naprawdę się przestraszył. Tego charta nie chciał nawet mijać na spacerach – jeżył się cały i chował za moje nogi. Gdy mijał nas pies wyglądem przypominający wspomnianego charta, Beryl zamierał.

W kontaktach z psami zrobił się bardzo niepewny i niespokojny. Byliśmy na prostej drodze do tego, by zaczął zapobiegawczo bronić się atakiem. Pomyślałam wtedy, że czas najwyższy odkręcić złe i spróbować przekuć je w dobre.

Droga ku lepszemu

Niedługo potem trafiliśmy do naszej wspaniałej behawiorystki, Magdy, i rozpoczęła się bardzo trudna, ale bardzo owocna droga. Żeby w ogóle zacząć pracować nad relacjami z psami, trzeba było zapanować nad emocjami Beryla. Od tego zaczęłyśmy i uwierzcie mi, pierwszych kilkoro zajęć to była KATORGA. Rudy nie potrafił nawet spokojnie iść równolegle do innego psa – zamiast tego wyrywał mi barki ze stawów, szarpiąc się na lince, a gdy przyszło nam posiedzieć chwilę na łące w rozsądnej odległości od drugiego psa, odstawił taki koncert wycia i szczekania, że aż żałuję braku nagrania z tego wydarzenia.

Wtedy chyba po raz pierwszy boleśnie uświadomiłam sobie skalę problemu i zrozumiałam, że mój pies naprawdę nie czuje się dobrze. Miałam w sobie ogromną motywację, by to zmienić, i od razu zaczęłam ćwiczyć z Berylem. Z każdym kolejnym rozsądnym spotkaniem z psami w dobrze dobranej grupie Rudy robił postępy. Aż w końcu któregoś dnia Magda zagaiła: „a wiesz, byłoby mu łatwiej bez buzującego testosteronu”. Wtedy zaczęłam po raz pierwszy poważnie myśleć o kastracji.

kastracja psa 2

„Kastracja? Jaka kastracja?!”

Ale jak to bez jajek?

Wcześniej kastracja była w moim domu swego rodzaju tematem tabu. Bartek był jej zupełnie przeciwny (jak na faceta przystało… :D), a i ja nie widziałam specjalnej potrzeby, by decydować się na zabieg. W międzyczasie jednak pojawiły się wspomniane wyżej problemy, a poza tym w pewnym momencie nie mogliśmy już wyjść z Berylem na zwyczajny spacer, bo dosłownie co trzy kroki musiał zatrzymać się, by skrupulatnie wylizać trawnik. Dlatego kiedy usłyszałam, że ktoś doświadczony proponuje kastrację, zaczęłam się zastanawiać.

Nie chciałam jednak ładować Beryla prosto na stół: nie wiedziałam, czy kastracja faktycznie może pomóc nam coś zmienić. Żeby się o tym przekonać, postanowiliśmy wszczepić wyżłowi chip kastracyjny Suprelorin. Uprzedzano nas, że w ciągu pierwszego miesiąca po wszczepieniu implantu sytuacja może się wręcz pogorszyć, ale potem hormony uspokoją się, a wtedy powinien nastać błogi spokój. U Beryla czip zadziałał niemal jak w zegarku: po miesiącu i kilku dniach raptem przestał lizać, nadmiernie ekscytować się zapachami na trawnikach i tak dalej.

Wróciły spokojne, wieczorne spacery i skończyły się drżące z podniecenia fafle. Przede wszystkim jednak uspokojenie hormonów położyło solidny fundament pod moją dalszą pracę z Berylem nad jego kontaktami z innymi psami. Gdy połączenie mózgu z resztą ciała powróciło, mogliśmy skupić się na komunikacji wyżła z psami i ze mną, na budowaniu więzi opartej na zaufaniu i na ponownemu odkrywaniu, że spotkanie z innym psem nie musi oznaczać walki na ringu, a może skończyć się fajną zabawą.

Widziałam na własne oczy, jak wyciszone hormony pozwalają Rudemu spokojniej podejść do różnych relacji, więc ostatecznie zdecydowałam się na zabieg. Zrobiliśmy go podczas ostatnich dwóch miesięcy działania Suprelorinu, żeby uniknąć ponownego skoku hormonów.

Dziś, pięć miesięcy po kastracji, Beryl jest dużo spokojniejszym i – w mojej ocenie – szczęśliwszym psem. Byliśmy w stanie nawiązać kilka bardzo fajnych psich relacji, a Rudy nauczył się trochę więcej o sygnałach, które się wysyła i odczytuje. Kiedyś nie przyszłoby mu do głowy, że kiedy ma się dość gonitwy, można się zatrzymać, żeby powiedzieć o tym innym psom. Dziś, gdy jest zmęczony, staje i mówi: „ej, dobra, mam już dosyć, chwila przerwy, co?”. Przeszliśmy długą drogę od zjeżonego grzbietu i stania w bezruchu w oczekiwaniu na awanturę do trochę niepewnych, ale spokojnych powitań, a także do umiejętności rezygnacji z niektórych zachowań albo kontaktów. Chcę jednak, na zakończenie mojego małego eseju, podkreślić jedną rzecz.

kastracja psa 3

Dzisiejsze, spokojniejsze spacery – okazuje się, że można spokojnie postać, a nawet sprzedać koledze przyjacielskiego niucha :)

Praca przede wszystkim!

Kiedy ktoś pyta mnie, czy kastracja nam pomogła i czy Beryl się wyciszył, odpowiadam: „tak, ALE…”. Nie chcę bowiem lansować poglądu, że kastracja jest rozwiązaniem każdego problemu i lekiem na całe zło. Nie chcę z prostej przyczyny: to nie sama kastracja pozwoliła mi i Berylowi podnieść jakość naszego wspólnego życia, ale przede wszystkim nasza ciężka praca.

Kastracja była w naszym przypadku świetnym wsparciem, bo zmniejszyła pobudzenie Beryla oraz wyciszyła szalejącą burzę hormonów. Jednak nie byłoby nas tu, gdzie dzisiaj jesteśmy, gdyby nie decyzja o tym, że potrzebujemy pomocy behawiorysty, miliony spacerów, ćwiczeń i tona starań oraz zmiana mojego podejścia. To ja tak naprawdę nauczyłam się najwięcej o tym, co trzeba robić inaczej, żeby mój pies mógł poczuć się lepiej – a ja razem z nim.

Podsumowując, uważam, że zawsze warto rozważyć kastrację, jeśli pies nie ma być reproduktorem, ale ważne jest, by decyzję o zabiegu podjąć świadomie: obserwować swoje zwierzę, zasięgnąć opinii dobrego weterynarza czy behawiorysty, rozwiać wszelkie wątpliwości, a nawet przetestować potencjalne efekty z pomocą chipa. Suprelorin to naprawdę dobry sposób, żeby przekonać się, jakie zmiany zajdą w zachowaniu psa po zabiegu. Nie zapominajmy jednak, że kastracja to nie panaceum. W pokonywaniu trudności musi być miejsce na nasze świadome działanie. Jeśli kastracja nam w tym pomoże – tym lepiej, ale to przede wszystkim na nas spoczywa odpowiedzialność za szczęście i dobrobyt naszego psiego przyjaciela. :)