pies obronny

HateON #11 – kasa kontra pasja

W ostatnich dniach coraz częściej myślę o tym, co dzieje się z psią branżą. Lubię być na bieżąco, więc czytam te wszystkie przykre newsy o kolejnych psich hodowlach, znęcaniu się nad zwierzętami, testach na zwierzętach i tak dalej. Gromadzą się we mnie te emocje, ale finalnie chciałem zrzucić to na ”tak widocznie musi być”.

Jednak ostatnio opublikowałem wpis o Nosework, jego niskiej popularności i ograniczonym dostępie do materiałów. Większość wpisu opowiada o samym sporcie, jego pozytywnych aspektach oraz pojawia się kilka linków do ciekawych treści rozwijających ten temat. Jednak w pewnym momencie stwierdziłem, że organizacje zajmujące się nosework powinny dać od siebie więcej. W takim kontekście, że powinny się po prostu bardziej postarać. Jakieś akcje uświadamiające, zrozumiałe porady jak zacząć i tak dalej.

Kilka osób jednak postanowiło całkowicie zignorować cały przekaz wpisu i skupić się tylko i wyłącznie na tym końcowym stwierdzeniu. I proszę Państwa co za piękna gównoburza z tego wyszła – aż miło czytać. Te osoby stanęły w obronie organizacji twierdząc, że nie ma nic za darmo i nie można oczekiwać od tych organizacji żadnej pracy ani materiałów za darmo.

Finalnie te wcześniejsze moje przemyślenia i obecna sytuacja spowodowały, że zacząłem myśleć o kwestii pieniędzy i pasji. Jak to jest? Czy naprawdę nie da się zarabiać pieniędzy będąc jednocześnie pełnym pasji i chęci pomocy innym? Jak to się dzieje, że ludzie pracujący z psami nagle stają się agresywni, kiedy pojawia się kwestia kasy?

Jeszcze od razu komunikat do osób, które nie czytają/czytają tylko nagłówki/nie czytają ze zrozumieniem:

Absolutnie nigdy i nigdzie nie twierdzę, że ktokolwiek jest zobowiązany do świadczenia jakichkolwiek usług za darmo. Nie ma takiego obowiązku. Jednak to, że nie ma takiego obowiązku nie oznacza, że nie warto być po prostu dobrym człowiekiem i dać coś od siebie. Nie dużo, ale cokolwiek. Nie każdy musi być prawdziwym altruistą, ale jeśli każdy z nas dałby chociaż coś od siebie to cała psia branża byłaby lepsza.

Dzisiejsze grafiki w tym poście zostały sponsorowane przez memiczną społeczność tworzącą memy :D Tak dla kontrastu dla smutnego przekazu samego wpisu :)

Prolog

Zanim przejdziemy do samego wpisu warto opowiedzieć trochę moją historię. Teksty głównie piszę ja, a blog nigdy nie jest medium obiektywnym, a przekaz zawsze w pewien sposób spowodowany jest doświadczeniami autora. Nie da się więc pisać o moim stosunku do pasji i pieniędzy, jeśli mniej więcej nie wytłumaczę mojego stanowiska.

Pracować zacząłem już w bardzo młodym wieku i jak wiadomo w tym czasie nie ma zbyt wielu opcji. Miałem ”szczęście” pracować przy rozdawaniu ulotek, telemarketer, jako wykładacz towaru w marketach, a nawet jako sprzedawca karpi w Tesco w okresie świątecznym (jak ludzie potrafią się drzeć i wyrywać sobie największego karpia to szok :D). Potem były zajęcia związane bardziej z moim zawodem (technik elektryk spec. klimatyzacja i chłodnictwo :D), czyli był etap pracy w delegacjach, na budowach i tak dalej. Później były prace techniczne i biurowe – od osoby robiącej oferty i zgłoszenia przetargowe, poprzez pomoc w projektowaniu instalacji wentylacyjnych aż nawet w pewnym etapie prowadziłem dwie małe budowy.

Do czego dążę? Pracowałem głównie w firmach nastawionych tylko i wyłącznie na zysk. Toksyczne środowiska, pełne mobbingu, sztywnej atmosfery i prawdziwej, obrzydliwej gonitwy za pieniędzmi. Przetargi były często na milionowe kwoty, budowy również były swoje warte, więc ciśnienie całkiem spore. Jeden błąd może sporo kosztować, więc dyrekcja oraz pracownicy zawsze napięci. Szefowie z nierealnymi oczekiwaniami i tak dalej.

Prawdopodobnie takie doświadczenia spowodowały, że mam obecnie takie, a nie inne podejście. Kiedy w końcu udało mi się podjąć decyzję o zwolnieniu i pójściu ”na swoje” postanowiłem, że nigdy priorytetem nie będą pieniądze. Nie będę brał udziału w wyścigu szczurów i poświęcał ludzi oraz ich godność dla kilku złotych.

Z powodu tego wszystkiego wierzę, że są jeszcze branże, gdzie może liczyć się prawdziwa pasja i miłość do swojej pracy. Myślę, że jest możliwość, żeby pieniądze były tylko przyjemnym efektem ubocznym, a nie celem samym w sobie.

Od ponad 3 lat piszę tego bloga i przyznam, że największą motywacją są dla mnie maile typu ”dzięki! Rady na blogu nam pomogły” – nic nie liczy się dla mnie bardziej. Czy zarabiam na blogu? Szczerze mówiąc to nie, bo rzadko zgadzamy się na jakieś recenzje. Jeśli coś wpadnie i nam przypadnie do gustu to jak najbardziej jestem zadowolony, ale nigdy celem bloga nie było zarabianie na nim.

Czy zarabiam na Pawesome lub Matach Węchowych? Oczywiście. Jednak nie przeszkadza to nam, żeby tworzyć ciekawe treści poradnikowe, wspierać psie bazarki, fundować nagrody na różne konkursy i tak dalej. Gdyby zależało mi tylko i wyłącznie na pieniądzach to skupiłbym się na branży IT, gdzie możliwości i zarobki są o wiele większe. Jednak tego nie chcę, ponieważ nasza obecna praca sprawia mi najwięcej satysfakcji i to tutaj mogę się realizować.

Podsumowując ten długi prolog: Szczerze wierzę, że w życiu liczy się przede wszystkim pasja, a właśnie branża psia zawsze kojarzyła mi się jako skupisko pasjonatów. W końcu jest to praca przy współpracy i dla fantastycznych zwierząt, jakimi są psy.

Kasa kontra psie hodowle

Hodowanie psów zawsze wydawało mi się najlepszą pracą świata. W końcu co może być lepszego niż codzienna opieka nad cudownymi szczeniaczkami i ich rodzicami? Zawsze zazdrościłem, ponieważ możliwość poświęcenia swojego życia dla psów to moim zdaniem coś wspaniałego. Nadal mam takie marzenia, że może kiedyś uda nam się założyć własną hodowle. Jedynym problemem jest fakt, że prawdopodobnie wszystkie szczeniaki zostawialibyśmy dla siebie :D

Z tego powodu każda informacja o znęcaniu się nad zwierzętami w hodowli, tragicznymi warunkami i inne tego typu historie po prostu są dla mnie koszmarne. Ostatnio czytałem takiego newsa. Psy były hodowane w bloku (prawie 40 psów w małej kawalerce). Szczeniaki z parowirozą, martwe lub bardzo chore. Okropne warunki i sprzedaż tylko i wyłącznie dla pieniędzy.

Zawsze w takiej sytuacji zastanawiam się – co do tego doprowadziło? Czy Ci hodowcy byli kiedyś pasjonatami, po czasie wyczuli pieniądze i nagle to zaczęło być najważniejsze? Może jednak było to tak ”Grażyna potrzebujemy hajsu, co się teraz dobrze sprzedaje? Cziułała? Co to ta Cziułała? Dobra, wchodzimy w to!”

.

Takie tragedie jak wyżej opisana nigdy nie powinny mieć miejsca w żadnej branży, ale jednak zawsze uważałem, że psami zajmują się ludzie z ogromną empatią. Nie mam pojęcia jak takie sytuacje się pojawiają. Jakim chorym bydlakiem trzeba być, żeby tak okrutnie traktować psy?

Kasa kontra psi szkoleniowcy

Zawsze myślałem, że psi szkoleniowcy to tacy współcześni superbohaterowie. Znają psychikę psów, potrafią się z nimi komunikować i tak naprostować współpracę z człowiekiem, że życie dla nich staje się prostsze. Nie mam pojęcia ile czasu, energii i doświadczenia trzeba mieć, żeby być dobrym szkoleniowcem lub behawiorystą, ale podejrzewam, że ogromnie dużo.

Obecnie jednak często wygląda to tak, że niektórzy zobaczyli w tym dobry biznes. Nowe szkółki powstają bardzo często, wielu ”szkoleniowców” jest po krótkim szkoleniu w Canidzie lub w ogóle są samoukami bez jakiegokolwiek wykształcenia lub doświadczenia.

Sam mam bardzo złe doświadczenia z niektórymi szkoleniowcami. Mieliśmy etap, że z Legion nie dawaliśmy rady i szukaliśmy pomocy. Dzwoniłem chyba do każdego szkoleniowca na śląsku i wiele rozmów mnie przerażało. Nie chcą odpowiadać na pytania, szczegóły dopiero po szkoleniu, proponowanie treningu z obrożą elektryczną/kolczatką bez zapoznania się z psem i jego problemem, nieprzyjemne, a nawet agresywne reakcje na pytania o szczegóły.

Myślałem, że człowiek zostaje szkoleniowcem, ponieważ kocha psy i chce pomóc innym. Ja nie jestem szkoleniowcem, ale sporo czasu każdego dnia poświęcam na odpisywanie na Wasze maile. Macie sporo problemów, często takich, z którymi sami sobie radziliśmy. Nie udzielam rad szkoleniowych, nie daję konkretnych rozwiązań, bo po prostu się na tym nie znam. Mogę jedynie napisać w jaki sposób my sobie poradziliśmy i to robię.

Robię to bo wiem jakim dyskomfortem psychicznym jest problem z psem. Jak człowiek obwinia siebie za tę sytuację i jak czuje się bezsilnie. Dlatego staram się pomóc jak tylko mogę. Zawsze myślałem, że taki powinien być szkoleniowiec. Z ogromną empatią i chęcią pomocy. Ode mnie różnić go powinno tyle, że ma doświadczenie i specjalistyczną wiedzę, która daje mu podstawy do nauczania innych.

Oczywiście, że są wspaniali szkoleniowcy. Tacy, dla których nie liczy się tylko kasa, ale przede wszystkim pasja. Dają ciekawe materiały szkoleniowe na swoich blogach, stronach oraz facebook. Chętnie pomagają i odpowiadają. Oczywiście jeśli ktoś zapisze się na szkoleni to są szczęśliwi, ale nie wydaje się, żeby pieniądze były priorytetem.

Dla mnie takim pozytywnym przykładem jest Monika z Trik. Zawsze można ją o coś zapytać (kilka razy odpowiadała mi na szybko przez fb, głównie jak mieliśmy na początku problem z dotarciem się Legion i Leviego), na jej stronie można również znaleźć ciekawe i przydatne materiały, które dostępne są w sekcji ”notatki”. Jak widać można poświęcić czas i dać jakąś wartość innym, a jednocześnie prowadzić biznes.

Jednak często Ci świetni ludzie giną w gąszczu pozerów i januszy biznesu.

Kasa kontra psie firmy

Tworzenie firmy z psiej branży to ogromne wyzwanie. W końcu trzeba proponować produkt, który będzie bezpieczny i zdrowy dla psa, który jednak swojego zdania nam nie powie. Pies nie powie gdzie go boli i jak się czuje.

Już dawno przestałem się łudzić, że ogromne koncerny zoologiczne mają na celu dobro psów. Testy na zwierzętach, dodawanie do karm szkodliwych polepszaczy i tym podobne zagrania powodują, że zaufanie do tego typu firm ciągle się zmniejsza. Każde kolejne doniesienie o nieprawidłowościach w psich karmach mnie przeraża. Ile było już historii o RC, Purina i tego typu markach. O substancjach rakotwórczych, o obecnościu aflatoksyny B1 i tak dalej. Takie firmy zrobią wszystko dla kasy i dlatego ładują polepszacze, konserwanty i inny syf.

Z drugiej strony są prawdziwi pasjonaci, którzy próbują edukować na temat zdrowej diety dla psa. Są grupy BARF’iarzy, grupy informujące o dobrych karmach i tym podobne. Oczywiście ktoś może się nie zgadzać z założeniami konkretnej diety i nie ma w tym problemu. Każdy musi decydować na swój rozum. Nie można jednak nie zauważyć ile pracy, całkowicie za darmo takie osoby wkładają w kwestię edukacji.

W czasach, gdzie 99% weterynarzy na każdą chorobę poleci RC to naprawdę dobra sytuacja, którą powinno się chwalić. Powstają również nowe firmy, które przygotowują domowe jedzenie dla psów oraz domowe przysmaki. Są na pewno zdrowsze niż ten marketowy syf, chociaż i tu trzeba uważać i dokładnie czytać skład.

Kasa kontra psie blogi

O blogach będzie krótko. Każdy prowadzi swojego bloga z innego powodu, ale chciałbym myśleć, że większość robi to dlatego, że chce się podzielić czymś z innymi. Naturalnie na naszym blogu również pojawiło się kilka wpisów, z których nie jestem dumny lub podjęliśmy jakieś współprace, z których wyniku nie jestem zadowolony.

Nikt nie jest nieomylny i wpadki się zdarzają. Jednak moim zdaniem podstawą bloga powinna być chęć dzielenia się czymś – swoją wiedzą, doświadczeniem, przemyśleniami. Często jednak widzę blogi, które w 99% składają się z testów i recenzji. Podobnie wiele jest takich fanpage na fb lub profili instagram.

Testują i zachwalają wszystko. Nawet jakąś badziewną wodę dla psów (wtf?). Myślę, że nie tędy droga. Pamiętajmy, że nawet mały blog może kierować pewnym nurtem myślowym. Jeśli na 5 blogach ktoś zobaczy pozytywną recenzję wody to jest szansa, że ją kupi. Może nie uda mu się dotrzeć do tej 6, prawdziwej recenzji, gdzie jest informacja o spowodowaniu przez tę wodę biegunek u psa :)

Podsumowanie

Każdy człowiek chce żyć w komfortowych warunkach i to nie jest żadna tajemnica. Każdy pracuje na siebie i na swoje życie. Wydaje mi się jednak, że poczucie satysfakcji, pasja i samorealizacja są równie ważne w naszym życiu.

Chciałbym wierzyć, że wraz z upływem czasu konsumenci zaczną zauważać takie elementy i będą świadomie wybierać firmy, marki oraz osoby, które reprezentują sobą coś więcej niż ślepą pogoń za pieniędzmi. Mam nadzieję, że ludzie coraz częściej będą wybierać produkty i usługi, za którymi stoją jakieś wartości.

Jeszcze raz powtórzę to, co napisałem na początku. Absolutnie nie wymagam od nikogo pracy za darmo. Nie wymagam niskich cen, darmowych próbek, darmowych szkoleń, bezpłatnych materiałów czy czegokolwiek innego. Nie wymagam niczego. Jednak od osób pracujących w psiej branży, z psami i przy współpracy z psami oczekuję czegoś więcej. Prawdziwej pasji, chęci dzielenia się wiedzą i prawdziwych wartości.

Naturalnie nikt nikogo zmusić nie może, bo tak to nie działa. Mogę jedynie zachęcić Was do wspierania takich firm, marek, produktów, szkoleniowców oraz blogów, które kierują się pasją, a nie samymi pieniędzmi.

A jakie jest Wasze zdanie? Na co zwracacie uwagę wybierając usługi i produkty dla psów? Na ile ważna jest dla Was pasja i szczera chęć pomocy?

 

  • Wydaje mi się, że pseudohodowle raczej powstają bo zysk. Ciężko mi wyobrazić sobie, żeby ktoś kto kocha psy, nagle ślepnie. A może mocno naiwna jestem. Dlatego ja sama kompletnie nie widzę siebie jako hodowcę, bo chyba strasznie ciężko byłoby mi oddawać szczeniaki ;) W zasadzie emocjonalnie reaguję nawet na rodzeństwo Hakera ;) I na psy z blogów :D

    Mam jeden zgryz tylko w kwestii Canidu. Jestem akurat po ich pierwszej części szkolenia z tytułem asystenta trenera. Jest to 100 godzin (na papierze), bo w rzeczywistości więcej ciężkiej pracy. Masy teorii i praktyki – pracy z psem swoim i innych uczestników i egzaminu na koniec. Trochę wyszło, że na ten kurs idzie się, bo łatwo zostać szkoleniowcem i zarabiać, a to nie tak. Wydaje mi się, że tutaj też trochę jest tak, że można z pasją, a można bo kasa. Inna sprawa, że nie mamy regulacji tego zawodu nad czym można ubolewać.

    • Co do Canid to oczywiście każdy może mieć swoje zdanie. Canid na pewno jest najbardziej wymagającym kursem w Polsce i lepsze to niż nic. Jednak nie uważam, żeby te 100 godzin czy nawet 200 było wystarczającym, żeby móc samodzielnie szkolić psy.

      Nie wiem jak ktoś inny, ale ja bym się nie odważył po tak stosunkowo krótkim czasie oferować ludziom swoje usługi. Niektórzy ledwo ten pierwszy poziom zrobią (asystent), a już otwierają swoje szkółki.

      O ile za ZKwP jakoś nie przepadam tak uważam, że mają ciekawą strukturę szkoleniową, jeśli chodzi o osoby nauczające:

      ”Instruktorem szkolenia psów (lub pozorantem) może zostać tylko członek Związku, który wykaże się co najmniej 3 letnim członkostwem w tym 2 lat potwierdzonego stażu w pracy społecznej przy szkoleniu psów odbytego na kursach PT, IPO, obedience lub agility organizowanych przez OKSP.
      Ma nieposzlakowaną opinię, zdał egzamin i odbył staż określony niniejszym regulaminem, a następnie uzyskał pozytywne oceny na teoretycznym i praktycznym egzaminie.
      Kandydat musi posiadać odpowiednią wiedzę, predyspozycje dydaktyczne, kulturę osobistą. Powinien być odpowiedzialny i zaradny. Cechować go powinna spostrzegawczość, odwaga, cierpliwość i umiejętność wyciągania wniosków z zachowań zarówno psów, jak i ich przewodników.”

      I o ile nie uważam, aby metody szkoleniowe ZKwP były w 100% poprawne tak uważam, że te minimum 2 lata stażu to naprawdę minimum, aby uczyć cudze psy. Ważne są też predyspozycji samego szkoleniowca, czyli dobra opinia, kultura osobista, wiedza i predyspozycje dydaktyczne. Niektórzy szkoleniowcy jakich widziałem to się do ludzi nie nadają, a co dopiero do psów :)

      Canid jest super, jak ktoś chce coś dodatkowo lub sprawdzić sobie na początek. Jednak jeśli kogoś jedynym doświadczeniem jest Canid to nie uważam, żeby było to wystarczające do samodzielnego szkolenia innych psów.

      • Ale my się zgadzamy . :) Bo właśnie taka osoba nie może szkolić psów wg Canid. Chodzi mi o akcent we wpisie, bo brzmi, jakby Canid był winny, że są słabi szkoleniowcy, którzy po 100 godzinach otwierają szkołę. Owszem, szkołę sobie każdy może otworzyć, ale nazywać trenerem Canid już nie. Jeśli znasz takie przypadki, to daj im znać. Canid akurat dość dobrze wypada na tle wielu szkół oraz kursów internetowych. 100 godzin to początek, który też można w innym miejscu realizować i egzamin, potem drugi stopień, chyba 150 h, egzaminy z teorii i praktyki, potem obowiązkowe praktyki na różnych psich kursach, jak w Związku. Dopiero po tych 2 stopniach i iluś godzinach praktyk możesz się nazywać trenerem Canid i samodzielnie szkolić psy. No i też nie jest tak, że każdy, kto się zapisze na kurs, zdaje egzaminy. Tak więc jak ktoś uczciwie całość zaliczy, to ma całkiem sporo doświadczenia i ma też wsparcie szkoły w początkach swojej pracy.

        • Na pewno nie miałem na myśli, że Canid jest czemuś winny. Są pieniądze to są kursy, to oczywiste. Naprostuj mnie, jeśli się mylę, ale z tego co wiem to pełny kurs Canid, czyli od zera do szkoleniowca to:

          Stopień I:
          ”Kurs Instruktorski stopień I – Trener Canid, którego ukończenie daje wiedzę i umiejętności wystarczające do realizacji zadań asystenta współpracującego z Instruktorem Szkolenia psów, oraz szkolenia własnych zwierząt.”. Stopień ten to 100 godzin dydaktycznych zrealizowanych w 2 zjazdy po 7 dni każdy, czyli w sumie przez 17 dni + do tego podstawy posłuszeństwa praktyczne, które są realizowane chyba w każdym podstawowym programie PT. Uzyskujesz po tym tytuł ”Trener Canid”

          Stopień II:
          ”Kurs Instruktorski stopień II – Instruktor Szkolenia Psów Canid, ukończenie pozwala na samodzielne prowadzenie grup szkoleniowych oraz szkoły szkolenia psów. ”. Ten stopień składa się z 130 godzin teoretycznych i 50 godzin praktycznych i tu podobnie mamy sporo takiego posłuszeństwa, a nie typowej pracy z psem problemowym.

          Po tym jest 50 godzin praktyki.

          Dla jednego może to być dużo, dla innego mało. Dla mnie to za mało, żeby szkolić psy, ale oczywiście każdy ma własne zdanie.

          • Tak, zgadza się. Ja się pomyliłam, bo wydawało mi się, że jest więcej godzin praktyk. No i tutaj wchodzi czynnik ludzki – pasjonat, pracujący z psami, po kursie Canid będzie szkoleniowcem, albo będzie jeszcze poszerzać wiedzę, a ktoś idący za kasą nawet po kursach ZKwP będzie „szkoleniowcem”. Czasem niekoniecznie idzie o ilość, a jakość.

          • Na pewno jest tak jak piszesz – w sumie nie liczy się kto ma jakie kursy, ale jak to traktuje. Można nie mieć wcale kursów, ale zbierać doświadczenie np: w schronisku jako wolontariusz + pogłębiając wiedzę na własną rękę i moim zdaniem tak też będzie ok.

            Ktoś inny może mieć 10 lat doświadczenia, ale jeśli mentalnie będzie siedział tylko i wyłącznie w metodach asertywnych i nie będzie chciał się otworzyć na nic nowego ”bo kolczatki się sprzedają” to nic z tego dobrego nie będzie :)

          • O właśnie kolczatki. Dla mnie najbardziej szokujące na kursie było odkrycie, że są kursy, gdzie nadal poleca się pracę dominacją, kolczatki i obroże elektryczne. I że też faktycznie takie porady gdzieś dostałeś. Masakra. Wydawało mi się to takie, że już wszyscy wiedzą i jedni lepiej sobie radzą inni gorzej z metodami pozytywnymi. A tu karanie psa nadal ma się dobrze. Tomek się zawsze śmieje, że ja przenoszę swoje towarzystwo na cały świat, że moi znajomi nie karzą psa, więc zakładam że wszyscy tak robią. Tak samo mam z wychowaniem dzieci, zawsze że zdumieniem reaguję na kary, klapsy. Ech.

          • Chyba cała sfera szkoleniowców od ZKwP nadal utrzymuje metody tradycyjne, czyli dopuszczające awersję w treningu.

            Myślę, że jeszcze długo potrwa aż zmieni się pogląd, ale też wydaje mi się, że metody stricte pozytywne długo nie wytrzymają i zostaną zastąpione czymś innym :D

            Metody pozytywne z punktu widzenia społecznościowego i psychologicznego również nie są w 100% idealne. ZKwP stosuje metodę kijka, a pozytywni marchewki, a obie mają swoje wady i zalety :)

          • Metody pozytywne to nie bezstresowe wychowanie ;) Są też kijki, czyli całe negatywne wygaszanie, zwłaszcza brak uwagi, zabranie czegoś atrakcyjnego. Ale dokładnie – nie każdy pies i nie zawsze.

          • Niestety właśnie wiele osób myśli, że metody pozytywne to po prostu pobłażanie psu i pozwalanie na wszystko :D

          • Dużo uświadamiającej roboty przed nami ;) Chociaż chyba mi się nie chce… To samo jest w wychowaniu dzieci, też przerabiałam. Ech.

          • Ja już w sumie nie mogę powiedzieć, żebym stosował metody pozytywne. Od roku już przeszliśmy na nasz autorski system :D

          • Levilegionizm? :)

          • :D Tak będzie się to nazywać jak już oficjalnie opracujemy i będziemy sprzedawać tajną formułę za grube monety :D

          • Tak wracając jeszcze do tego Cani. Poszłaś na kurs z ciekawości, czy planujesz się z tym związać zawodowo?

          • Tak, chciałabym zawodowo działać z psami. Teraz, jako dorosła osoba, wracam do takich różnych marzeń z dzieciństwa, które gdzieś odkładałam. Niesamowicie kręci mnie komunikacja psów, zaprzęgi. Czasem mam takie poczucie, że w co ja się pcham, bo tyle lepszych ode mnie, z latami doświadczeń, ale z drugiej strony jakoś i kiedyś trzeba zacząć. Tylko właśnie, tu też wchodzi taka zawodowa odpowiedzialność – ja muszę poczuć, że faktycznie ogarniam temat. Wtrącę się jeszcze tu w wątek wyżej z kalyną – no najlepiej zbierać doświadczenie w wolontariacie albo jako tymczas. No i tak naprawdę masa doświadczenia to samouctwo. Na kursie Canidu spodobało mi się to, że wymieniliśmy się psami i trzeba było kombinować. I to, że np mieliśmy wydawać komendy stojąc tyłem do psa, albo siedząc na trawie i rozwiązywać problem – że teraz nie słucha.

          • Tymczas nawet lepszy moim zdaniem, bo w schronisku często nawet nie ma możliwości trenowania z psem, bo tyle ważniejszej roboty jest :)

            Jak byłem młody to marzyłem o własnym schronisku, teraz priorytetem są dla mnie moje psy. Z jednej strony fajnie byłoby pracować z innymi psami, ale z drugiej chyba miałbym wyrzuty sumienia, że ten czas mógłbym poświęcać na własne psiska :D

  • gość

    Brakuje mi tu jeszcze wątku hoteli dla psów i domów tymczasowych :)

    • Bo nie korzystam z tego, więc nie mam pojęcia jak to wygląda :D Też pewnie są jakieś przekręty fundacyjne, ale też o tym nie wiem :)

      A co tam ciekawego się dzieje?

    • O, tak. To też mocny temat! Ciekawą mnie też petsitterzy. Teoretycznie byłoby dobrze, jakby sobie poradzili z psem. Ostatnio przez chorowanie myślałam,ze może byłoby fajnie jakby ktoś Hakera wybiegał, ale potem stwierdziłam, że ciężko byłoby mi zaufać, że ktoś faktycznie go ogarnie.

      • Ja tylko raz w życiu oddałem Legion komuś pod opiekę, ale stresu było dużo bardzo :D

        • Domyślam się ;) Haker był kilka razy wyprowadzony przez mojego tatę, ale widać było, że nie traktuje go poważnie. Bez smyczy poszedłby w swoją stronę ;)

  • Kalyna

    Mamy podobny tok myślenia, nawet w roboczych mam post na podobny temat. Ale nie dodaję go, bo będzie, że tylko krytykuję.
    Moim zdaniem Canid to chyba najlepsza opcja, a i tak brakuje mi tam paru rzeczy. A są i takie kursy, gdzie na 10 zjazdach zrobisz wszystko i instruktora i behawiorystę ;)
    Także sama chciałam iść na kurs ale patrząc na cenę i formę, ciągle się powstrzymuję. Dla mnie najważniejsza jest praktyka, więc nie wiem czy nie lepiej w to zainwestować ;) niestety byłam u kilku szkoleniowców i to doświadczenie nie należy do tych miłych… Także w większości jestem samoukiem ;)

    • Ja myślałem o Canid raczej hobbystycznie, żeby sobie coś porobić, ale nigdy, żeby rzeczywiście traktować to jako wstęp do zawodu :)

      • kalyna

        Niestety kursy trenerskie to są za drogie interesy, aby zrobić to hobbystycznie. Taki kurs się musi zwrócić, więc potem każdy idzie w tym kierunku. Z dyplomem robić zajęcia za free? ależ skądże.
        Bez swojego wystania w błocie z swoimi psami, bez lat czytania, oglądania i rozmów, nie będziesz dobrze szkolić psa. Nikt z ta umiejętnością się nie rodzi. A kurs daje Ci początek, ale musisz się rozwijać i niekoniecznie tylko w teorii. Nie chodzi o dyplomy, a o realną wiedzę.

        • Jak ktoś ma hobby to raczej na kasę nie patrzy, a tym bardziej nie patrzy się czy się zwróci. Pamiętam, że jak za młodego kręciła mnie rekonstrukcja historyczna to za głupi podstawowy rynsztunek musiałem dać kilka tysięcy (głównie dlatego pracowałem od młodego wieku) :D Nie mówiąc już o wyjazdach i tym podobne.

          • kalyna

            Ja na szkolenia tez już ładną kasę wpakowałam, choć niekoniecznie zawsze to były dobre wybory, to jednak zawsze czegoś się nauczyłam. Choćby jak nie szkolić psa ;) natomiast jeśli ktoś chce typowo hobbystycznie to jeździ na różne obozy czy seminaria do osób bardzo obeznanych w temacie, czyli sportowców z osiągnięciami, wieloletnich szkoleniowców z doświadczeniem. I tu faktycznie nikt nie patrzy na koszty, jeśli ma chęci i jednak go stać. Dlatego mam takie wątpliwości dotyczące tych kursów ;)

          • Jednak doświadczenie praktyczne na różnych psach jest najważniejsze moim zdaniem. Co z tego, że ktoś zrobi kurs mają ON, jak tu zaraz przyjdzie ktoś z samojedem i na pewno te same metody nie będą działać :D

            Z drugiej strony jak zdobyć takie doświadczenie? Chyba w schronisku najlepiej, bo różne psy i sytuacje.

          • kalyna

            Otóż to. Nawet w rasie są bardzo różne osobniki, od bardzo spokojnych do reaktywnych. Jedne trzeba motywować i rozkręcać, a inne wyciszać, aby dotrzeć do psa. Jeden przy naprowadzaniu od razu zakuma siad, a inny zaoferuje wiele innych rozwiązań,ale nie usiądzie. Dla jednego tempo uczenia będzie ok. inny będzie znudzony lub się sfrustruje, bo czegoś nie rozumie. To co napisała psowaty.blog też już przerabiałam.

            Teraz znowu chyba zacznę chodzić do schroniska. Samo się nic nie zrobi ;)

  • moni.l

    Z kupowaniem usług typu szkolenie psa, czy to nosework, czy posłuszeństwo jest ten problem, że ich jakość możesz ocenić raczej na końcu niż na początku, bo samo szkolenie to dopiero początek pracy, a jej koniec to własna praca z psem. Pomijam tu ewidentnie złych szkoleniowców, których chyba możemy rozpoznać. Kupuje się więc kota w worku. I teraz tak, ktoś pokaże Ci zestaw ćwiczeń, jakieś instrukcje, podzieli się wiedzą ogólną (którą jako świadomy psiarz w jakimś stopniu też już posiadasz), zapłacisz za to, a Twoim zadaniem jest to wprowadzać w życie. I wprowadzasz, wprowadzasz, dalej wprowadzasz. A efekty nie są takie jakbyś oczekiwał. Dlaczego? Ponieważ nauczono Cię, jak uczyć psa jakichś tam szeroko rozumianych sztuczek, ale nie jak sprawić, by je zawsze wykonywał. Bo praca z psem jest bardzo indywidualna, bo samemu trzeba się szkolić i wreszcie, bo czasami ma się psa zbyt autonomicznego i ze zbyt ugruntowaną „osobowością”. Wiem z doświadczenia, że bardzo łatwo uczy się psy inteligentne, a trudno psy powiedzmy mniej pojętne. Oraz że te pierwsze są choler… strasznie trudne do ogarnięcia, jeśli chodzi o zachowania niepożądane (jeśli je mają), a te drugie to zazwyczaj anioły w psiej skórze. Podobnie jak u ludzi, łatwiej wpłynąć na tych… no, wiecie, rozumiecie.
    Dlatego trudno te wszystkie usługi wycenić i potem ocenić, i dlatego też, tak jak mówisz, fajnie, gdy ktoś dzieli się częścią swojej wiedzy z pasji, a nie tylko dla pieniędzy. Bo między innymi po tym można poznać, czy ktoś jest wart zaufania, czy nie.

    • Dokładnie tak jak napisałaś – każdy szkoleniowiec zachwala się, że jest psim magikiem, ale tak naprawdę człowiek nie wie. Nie da się ocenić rezultatów po jeden sesji, a praca z psem to często tygodnie, jak nie miesiące :)

      Jednak o wiele łatwiej zaufać komuś kto dzieli się wiedzą i widać, że nie ma nic do ukrycia niż komuś kto zasłania się ”wszystko jest na szkoleniu”, a potem wychodzi jak wychodzi :)